Klub Sympatyków Rudy Pabianickiej

.

rudzka czytelnia

Z cyklu: Życie w Rudzie - O słodkich specjałach

wspomnienia Klubowiczów

Mika Kobylińska: U p. Skibińskiego (zielona budka), na Marysinie kupowałam kostki z makiem. Nazywały sie makagigi. Do tego lizaki "koguciki". A jak dostałam od babci złotówkę, to kupowałam "szybę" - to taki duży, kwadratowy wafel. Drażetki w pudełeczkach również (ze dwa pudełeczka mam do dzisiaj, oczywiście puste). Były owocowe albo kakaowe "Czarna perełka". I jeszcze takie cukierki pudrowe i landrynki. Ja najbardziej lubiłam te migdałowe.

Krysia Jusis: Ja wspominam miło ciasteczka kupowane w cukierni na rogu ul. Pabianickiej i Zjednoczenia: "baletki" z makiem i bez oraz "krajanka". Prosiłam, żeby tej krajanki panie dały więcej. Pyyyszne były!

Piotr Czech: A ja bardzo lubiłem takie ciastka "Anyżkowe" - okrągłe, duże jak podstawek, płaskie, z taką jasnokremową polewą o charakterystycznym zapachu anyżku. Kupowało się na sztuki u Bechcińskiej (Polci). A pamiętacie "Rurki Francuskie"? Rurka wypieczona z ciasta francuskiego, zwijana i posypana cukrem - kryształem. W środku bita śmietana. Ech, teraz takich nie spotyka się chyba nigdzie...

Piotr Zygmunt Kołakowski: Czarna perełka - były to małe brązowe groszki, uwięzione w sprytnym okrągłym pudełeczku z cienkiego żółtego plastiku. Poprzez pokręcanie wieczkiem od pudełka, zgrywało się otwory na bocznej ściance przez które potem poprzez intensywne potrząsanie, wydobywało się groszki. Niestety groszki najczęściej się sklejały w jedną bryłę i żeby je wydobyć i tak trzeba było otworzyć pudełko. Smak groszków odgrywał rolę drugorzędną, a ważne raczej było zmaganie się z materią. Szczytem luksusu była guma balonówa DONALD - produkt dostępny wyłącznie u "prywaciarzy", czyli wszelkiego rodzaju budkach warzywnych i bazarach, ewentualnie w Pewexach. Pakowana w kolorowe błyszczące papierki z wizerunkiem Kaczora Donalda i co najważniejsze dołączona była do niej historyjka obrazkowa z postaciami Disneya. Historyjki zbierało się i wymieniało między sobą, a charakterystyczny zapach gumy długo przywoływał przyjemne wspomnienia. Często, gdy guma już traciła smak, nie była wyrzucana tylko zasilana kolejną. Normy przewidywały jednoczesne żucie do czterech gum. Alternatywnie żuło się gumy-kulki sprzedawane w długich foliowanych opakowaniach (jakby na metry). Sprzedawca odcinał żądaną ilość gum. Wszystkie gumy można było uszlachetniać przez jednoczesne rzucie grafitu kolorowej kredki, co nadawało gumie piękny jaskrawy kolor. Dla porządku należy wspomnieć o kolejnym wynalazku PRL-owskiej rzeczywistości - polskiej balonowej gumie do żucia "Bolek i Lolek". Jak wiadomo polski przemysł spożywczy, jak dotąd, nie potrafił wyprodukować gumy balonowej. Różne gumy pojawiające się na rynku, najczęściej w kształcie irysków, były twarde, wręcz kruche i do wzorca "Donald" było im daleko. Sytuację miał zmienić właśnie "Bolek i Lolek". Balony jednak wychodziły słabiutko, a smak był nijaki.

Wiele smakołyków wykonywało się domowym sposobem. Umiejętności takie zdobywało się już w szkole na ZetPeTach. Na zajęciach praktyczno-technicznych w szkole (tak się niegdyś nazywały lekcje służące uczeniu się wykonywania przedmiotów, które w normalnych warunkach można by po prostu kupić w sklepie) nauczyłem się robić SZYSZKI. Topiło się irysy i krówki z margaryna, do gorącej masy wsypywało się ryz nadmuchiwany (w Rudzie mówiono "preparowany") i z cieplej jeszcze mieszaniny wyżej wymienionych składników kleiło się kule, jaja, itp. - jako oryginalne słodycze, urozmaicenie od "wyrobów czekolado podobnych". Gdyby nie zmiany ustrojowe, do tej pory umielibyśmy już pewnie dmuchać ryż.

Jerzy Andrzej Ciemnoczułowski: Jak Mrysin i smaki, to guma do żucia od Fisiakowej. Z uwagi na brak kasy, kupowana po pół pastylki, aby poczuć ten smak "zgniłego kapitalizmu". Były jeszcze żelki sprzedawane w zielonej budzie na rogu Odrzańskiej i Pabianickiej. A jeszcze zapomniałem o super erzacu, czyli chlebie moczonym w wodzie i posypanym cukrem. Ojciec się śmiał z nas i mawiał: "To ja na Kresach polewałem najpierw śmietaną i dopiero posypywałem cukrem, a wy w wodzie?" Ale my już żyliśmy w innym państwie.

Zbigniew Simiński: Jestem nieco starszy, więc i smaki mego dzieciństwa nieco inne. Pamiętam smak owsianki z cukrem z paczek UNRA, wcześniej cukru niet. Pamiętam cukierki robione przez babcie (topiony cukier z masłem), ciastka kręcone przez maszynkę...

Piotr Zygmunt Kołakowski: Nikt jeszcze nie pisał o innym symbolu PRL-owskiej rzeczywistości - czekoladzie czekoladopodobnej. Wyroby czekoladopodobne miały zastąpić braki w podaży prawdziwej czekolady, która była eksportowana prawie na cały świat i cieszyła się tam największym uznaniem. My tymczasem byliśmy skazani na przeróżne wynalazki w formie czekoladopodobnych bloków, czekolad, cukierków, polew. Żeby forma pasowała do treści, stosowano często "etykiety zastępcze". Z Węgier sprowadzano czekoladopodobne "Afrikany". Były też jakieś czekoladopodobne wyroby z Enerdówka. Największy wysyp tych wyrobów był za Jaruzela... Dzisiaj tego typu wyroby można dostać w hipermarketach w cenie 35 gr za tabliczkę (Carreofur). Kiedyś w celach dydaktycznych zakupiłem taką tabliczkę, żeby pokazać młodzieży. Tylko, że teraz ludzie je kupują z biedy, a wówczas to była jedyna opcja... Dopiszę jeszcze, bo zapomnę... LIZAKI, kolejny przedmiot pożądania - występowały w dwóch wersjach: 1 - okrągłe, płaskie, z kolorowym wzorkiem w kształcie kwiatuszka w środku, na drewnianym patyku, zawijane w celofan. 2 - w kształcie kogucika, z czerwonej masy, na drewnianym patyku, nie pakowane. Później pojawiły się lizaki na plastikowych patyczkach. Były to owalne, jakby rozpłaszczone dropsy na patyku, pakowane w zgrzewany celofan. No i oczywiście "Kojaki" dziś znane jako "lili-pops". U Siedleckiego na Odrzańskiej były też lizaki z żołnierzykiem. Lizak przypominający smoczek, zamiast patyczka posiadał plastikową figurkę żołnierzyka lub Indianina.

Jerzy Andrzej Ciemnoczułowski: Dopiszę coś w sprawie czekolady. Jedno jest pewne na bank. Czekolada Wedla gorzka, cały czas była i jest taka sama, nawet za komuny nie udało się jej zepsuć... To chyba jedna firma, która oparła sie erzacomanii i substytutom. Kreolki to dzisiejsze Grześki tylko mniej słodkie, miały mniej cukru. Kiedy pojawił się żulik w budce koło SP 126, trwały wyścigi do budki, by zdążyć przed dzwonkiem na następną lekcję. Wata na patyku, też relikt tamtych czasów. A kto kiedyś myślał o salmonelli, a jak smakował kogelmogel i to ten z cytrynką. Domowe lekarstwo na gardziołko, sam bym dzisiaj coś zmajstrował tylko obawa przed salmo... zmusza mnie do namiastki czyli adwokata, może mocniejsze to, ale tamten smak był najlepszy.

Piotr Zygmunt Kołakowski: O palmę pierwszeństwa w eliminacji uzębienia, zwłaszcza mleczaków, walczyły IRYSY - małe kostki zawijane w papierki jak paczuszki, wykonane z masy podobnej do "krówek", tylko twardsze. O ile nie leżały zbyt długo gdzieś w magazynach, to bardzo ładnie się żuły, i zyskiwały miano "mordoklejek", przestarzałe były kruche i nie miały już takiej wartości. Konkurowały z nimi "toffi". Całe pokolenia Rudziaków nie musiały chodzić do dentysty w celu pozbycia się zębów mlecznych. Wiem to z autopsji... A pamiętacie MIĘTOWKI - kupowało się na kilogramy, zrobione ze sprasowanego, białego, miętowego proszku, na kształt okrągłej, średniej wielkości tabletki. Pani sklepowa, zwykle pakowała te miętówki do papierowej torebki, która od wewnątrz po jakimś czasie była pokryta odsypującym się z cukierków białym proszkiem. Łapka sięgająca do środka po te miętówki również nabierała białego koloru. Miętówki się zwykle ssało, szybko się rozpuszczały.

Magdalena Jaszczak-Bir: przypomniało mi się - jak byłam mała to czesto z bratem robiliśmy sobie karmelki z topionego cukru. Potem obtaczaliśmy wszelki spodeczki i łyżki, które potem namietnie zlizywalismy ;) I mieliśmy swoje niezapomniane lizaki ;)

Natalia Salamon: Ja pamiętam smak kokosanek i ponczowych ciastek z cukierni co już jej nie ma, chyba stała w miejscu dzisiejszego sklepu P Filipskich. No i oczywiście lody i pączki od Fisiaka!

www.000webhost.com