Klub Sympatyków Rudy Pabianickiej

.

rudzka czytelnia

"Rudzianin"

Tekst pochodzi z wychodzącej przed wojną w Rudzie Pabianickiej gazety "Głos Rudy Pabianickiej".
Autorem był Stefan Świderski, niezwykły społecznik, wieloletni członek rady miejskiej, bibliofil
i śp. Dziadek naszej klubowej koleżanki Elżbiety Świderskiej.
Celowo zachowaliśmy oryginalną, przedwojenną ortografię, gramatykę i styl.

Stefan Świderski

Czy istnieje rudzianin? Tak jak łodzianin, poznaniak lub warszawiak. Widząc liczną, publiczność na urządzonych ulicach, codzienny tłok w tramwajach, kinach i dorywczych imprezach, ożywiona działalność licznych stowarzyszeń i nawet zaczątek opinii publicznej w postaci tej oto gazety w naszem mieście, postawmy sobie to pytanie i spróbujmy nań odpowiedzieć. Czy istnieją rudzianie? Skąd się wzięli? Co wiąże te, licznie czasem występujące rzesze, w jedno to zbiorowisko które zowiemy Rudą. Co dają tej ziemi, którą zamieszkują i naodwrót jakie korzyści osiągają w swem mieście. Czy i jakie przyczyniają szkody interesom zbiorowości a może sami jakich krzywd doznaią? Gdy przeprowadzimy te rozważania, uzupełniając je dociekami, co skłania nas do pobytu w Rudzie a co zniechęca, jakie są cechy najważniejsze naszych współobywateli, robotników, rzemieślników, kupców, przemysłowców, urzędników, mężczyzn, kobiet i dzieci to może znajdziemy odpowiedź na postawione w tytule pytanie.

Najprostszą odpowiedzią byłoby stwierdzenie, że ponieważ istnieje Ruda więc musi istnieć rudzianin. Jako tu urodzony członek gminy czy społeczności zapisany do księgi gminnej itd. Tak, ale skąd ich tak dużo? Ruda istniała jako folwark biskupi, wymieniana już przy lustracjach bodaj w XIV wieku. Była sobie, a rudzian jakby nie było. A teraz jest ich podobno ze dwadzieścia tysięcy! Przecież wielu z nas pamięta, że około roku 1900 było tu kilka pałacyków w parkach przy Czarnej Drodze, karczma "Kurak" na szosie pabianickiej, Oberman, kamienica Dzieniakowskich na tzw. Wolfówce i Stara Karczma na rozstaju dróg do Gatki i Ksawerowa. Oprócz tego staw i dworek rządcy, na gruzach starej cukrowni rezydującego. Wszystkich rudzian było może kilkaset i to najczęściej latem. Nie było nas - był las; na całym obszarze od Czarnej Drogi do Gaci. I był dom familijny. Tam żyli prawdziwi wtedy rudzianie. Z pokolenia na pokolenie pracujący na folwarku biskupim, później królewskim, gajerowskim, lewenbergowskim czy banku Natansonów. Najstarsza szlachta w naszym grodzie.

A dzisiejsi rudzianie? Przywędrowali tramwajami. Ponieważ z 3-ch stron można było wjechać do miasta: z Łodzi, z Rzgowa i z Pabianic więc też temi trzema szlakami szły fale kandydatów na rudzian.

Zjeżdżał sobie taki obywatel, czasem z żona lub przyjaciółmi, w niedzielę popołudniu, za 3 kopiejki, w przedwojennej walucie, do "Kuraka", puszczał się na zwiady już dalej pieszo. Długo brodził po lesie, po polnych wertepach koło Góry Rudzkiej czy Neru, w towarzystwie takiego pana z planem, lub najczęściej leśniczym ze dworu. Przejechał, dał zarobić obydwom karczmom po drodze i odjeżdżał. Ale po pewnym czasie donoszono mu z Rudy, że ten plac, co sobie już upatrzył, to zdrożał. Można było zarobić, a on taką okazję stracił. Jechał tedy raz drugi i trzeci, już w dzień nawet powszedni; rzucał na moment inne interesy i zaspokajał swój głód posiadania. Więc pierwszy związek z Rudą kandydata na rudzianina to związek z ziemią. Później przyszła ludność lokatorska, bez ziemi, którą tymczasem rozdrapano. Taki posiadacz najczęściej niedługo się "budował" i zaczynał płacić podatki. Są to jego pierwsze związki z gminą, ze zbiorowością. Za podatkami idą później "dobrowolne" świadczenia, potem urzędy które mógł pełnić (honorowe). Obywatel uczestniczył w zebraniach, wybierał, chodził na zgromadzenia i niespodzianie dla siebie z łodzianina, pabianiczanina, czy gatczaka robił się rudzianinem.

A później przyszło miasto. Miasto, które swego obywatela urabia na pewną indywidualność społeczną zwykle już dawno rozporządza znaczną własnością grupową o charakterze przedewszystkiem materialnym. Wcielając daną jednostkę w zbiorowość gminną otacza ją siecią korzyści w postaci ulic, placów, ogrodów, gmachów publicznych, domów mieszkalnych, teatrów, muzeów, bibliotek, zakładów zdrowotnych i charytatywnych, urządzeń kanalizacyjnych, wodociągowych, gazowych, elektrycznych, tramwajów, autobusów itp. oraz funduszów pieniężnych. Przy pomocy tych środków wyciska piętno na indywidualności i czyni z jednej warszawiaka lekkomyślnego, poważnego poznaniaka, poetycznego lwowianina itd.

Ruda Pabianicka takim ideałem nie była. Daleko jej było do starych tradycji gminnych. Nie znaczy to jednak ażeby nas, kandydat na mieszczanina nie miał konkretnych korzyści i związków wyciskających nań swe piętno. "Obywatel" się wybudował, zamieszkał w Rudzie, nawet choćby lokator, zaczął płacić podatki. Bezpośrednie, czy też z tytułu najrozmaitszych tranzakcji kupieckich, pośrednio powiększał wpływy zbiorowe - tworzył wartość grupową. Już pierwsze pokolenie tych co osiedli w Rudzie bez światła a nawet czasem bez dojazdu do swej siedziby, wciągu lat 20 tyle pracy i ulepszeń we własność gminną włożyło, że dzisiejszy rudzianin już użytkuje różne zakłady, ulepszone chodniki, elektryczność, pocztę, komunikację, opiekę policyjną, lekarską, wsparcia a nawet zarobkuje w swem mieście. To co od miasta otrzymuje i to co miastu daje tworzy duszę naszego mieszczanina, gdyż z tych stosunków społecznych, klimatu i wychowania wytwarza się jego bezpośrednie zainteresowanie tworzącą się własnością grupy, uczucie lokalnego patryjotyzmu i dumy za podstawę mające pamięć o wyłożonych wysiłkach materialnych.

Stąd brak jakichkolwiek krzywd czynionych miastu przez obywatela. Mieszkaniec tutejszy, dawniej - czy tylko co osiadły, tu urodzony czy z sąsiedztwa się wywodzący, nawet gdy nie posiada ani piędzi ziemi ani żadnego stanowiska, trzyma się zdobytego prawa do osiadłości. Młodszy - przez wspomnienie miejsc zabaw dziecięcych - starszy przez obawę i niechęć do zmiany, wzrastają w grunt i tworzą rudzianina. Bo nie interes jak w innych miastach, skłania nas do po bytu w Rudzie Pabianickiej. Nie posady których tu niewiele do objęcia. Na tem pustkowiu jakim była Ruda czterdzieści - 30 lat temu nie mieliśmy przecież krewnych ani przyjaciół. A jednak... Tylko możność posiadania kawałka ziemi obok wielkiego miasta, urządzenie się na "własnych śmieciach" "choć ciasno ale własno", niezależność od wielkomiejskich skrępowań i ciężarów skłoniły te liczne rzesze łodzian do wyraju nad Ner. A potem jedni przyciągają drugich. Brzydka Łódź, ze swemi jeszcze brzydszemi północno-zachodniemi przedmieściami, nie mogła być przecież magnesem dla coraz bardziej wzrastającego zaludnienia.

Prędzej Ruda do której nie trzeba się przedostawać przez staromiejskie ghetto. Do której przejazd kosztuje niewiele a w której jest i rzeka i staw jak jezioro i przestwór początkowy łąk i pagórków.

Że rudzianin trudno rozstaje się z swym miastem dowodem będzie mała stosunkowo liczba "dezerterów" wśród właścicieli. Czasem się słyszy, że ten i ów coś sprzedał, że ma nas zamiar opuścić. A po niejakim czasie widzi się go jak się buduje na drugiej ulicy. Gdy rudzianin pozbywszy się tego obiektu, do którego wciąż dokładał, spotka na ulicach Łodzi czy Warszawy dawnego swego sąsiada, to nie może się on opędzić pytaniom, "jak tam w Rudzie? Jak tam się powodzi temu a owemu? A jak tam burmistrz, a N. czy żyje, a Kościół, a wyścigi?!" Przeklina godzinę w której wyjechał i z zazdrością w sercu patrzy na szczęśliwca zamieszkałego w jego Rudzie. Nie znałem takich którzyby złorzeczyli naszemu miastu albo wyjeżdżali na zawsze rozżaleni.

Przypatrując się pokolei dzieciom, mężczyznom i kobietom, pannom czy mężatkom, robotnikom, urzędnikom czy kupcom stwierdza się pewne ogólne cechy dodatnie rudzianina. Między kupcami wśród których prawie że niema żydów nie słychać o zarwaniach, bankructwach czy kradzieżach. Dobrze postawiona spółdzielczość reguluje oddawna ceny i daje dobre wzory do naśladowania. Urzędnicy nieliczni. Większość pracuje w Łodzi, ale jeżeli jest posiadaczem lub dzierżawcą jakiegoś domku z ogródkiem, reprezentuje zawsze oszczędnego ojca rodziny odmawiającego sobie wiele przyjemności wielkomiejskich tak będących w pobliżu. Nie słyszałem narzekań na rzemieślników. Owszem są tańsi jak w Łodzi i nieraz mają stąd obstalunki i pracę. Niektórzy rozwijają stopniowo swe przedsiębiorstwa co jest dowodem solidności. - Robotnicy. Trudno jest ich wydzielić z ogólnej masy obywateli to nieraz taki posiadacz nawet większej połaci ziemi jest właśnie robotnikiem w fabryce. I on i jego żona. Albo ich dzieci. Albo był robotnikiem, oszczędzającym całe życie, aby sobie stworzyć pewniejszą egzystęcję na własnem. Są skromniejsi w swych wymaganiach w życiu codziennym zapewne jak w Łodzi i zdaje się zdrowsi moralnie. Objawów pijaństwa wielkomiejskiego mało i mało od tegoż pochodnych, jak rozpusta, zepsucie seksualne i nieślubne małżeńskie pożycie.

Większość rudzian jest religijna. Widzi się w kościołach sporo mężczyzn choć prawda, że parafie rudzkie obejmują i ludność wsi sąsiednich. Mężczyźni ubierają się dość starannie, większość jednak z widoczną oszczędnością. Pań mało na ulicach. Specjalnie stroić się nie ma dla kogo. Ruda jest miastem robotników i tylko młodzież, jeszcze bezrobotna, ma czas spacerować po jedynym deptaku na ul. Staszyca. Kobiety, i mężatki i panny, latem siedzą po ogródkach przy domach, rzadziej na plażach nad Nerem, a najczęściej widzi się je zajęte dziećmi i gospodarstwem. Ogół ludności nie jest jednak ze sobą dotąd zżyty. Prawie, że niema życia towarzyskiego nawet w tych sferach, które do życia tego są przyzwyczajone. Jest dużo niemców nieulegających polonizacji, sztywnych i obojętnych, ale pozatem mieszkaniec Rudy to dobry typ polaka. Wstaje wcześnie bo musi zdążyć na tramwaj przed 4-tą, 6-tą czy 7 rano. Pracuje do późnej nocy, bo zwykle ma dwa zajęcia. Ma od początku rozbudowany wielce zmysł społeczny. Należy do 15-tu stowarzyszeń i związków w których siara się być czemś więcej niż członkiem. Bierze chętnie udział w uroczystościach narodowych i choć nie daje się porwać entuzjazmowi, ceni swych przywódców i chętnie słucha ich głosu.

Zdaję sobie sprawę, że może zbyt idylicznie i powierzchownie przedstawiłem warunki i kształtowanie się indywiduum o nazwie "rudzianina". Kto łaskaw skrytykować - redaktor bardzo prosi, a nowoprzybywający kandydaci na rudzian, niech o tem wiedzą, że najpierw muszą zagrzebać się w swem gospodarstwie i trzeba dłuższego czasu, żeby na szerszy świat taki pan wyjrzał. A gdy już wyjrzy, wtedy okaże się rudzianinem.

www.000webhost.com