Klub Sympatyków Rudy Pabianickiej

.

rudzka czytelnia

Z cyklu: Życie w Rudzie - O usługach i posługach

wspomnienia Klubowiczów

Mariusz Czerwiński: Za Gierka, w piątek po południu ustawiała się bardzo długa kolejka przed piekarnią Stańczyka. Dwa okrągłe duże chleby były standardem weekendowym dla czteroosobowej rodziny, co nie może dziwić, bo nastolatek przemierzający dziennie kilkanaście, a niekiedy kilkadziesiąt kilometrów rowerem musi mieć apetyt. Chleb od Stańczyka zjadało się oczywiście w postaci "rwanych pajdek". Kiełbasa, czy cokolwiek innego mogło popsuć smak tego chleba. A jeśli chleb był kupowany u Stańczyka rano, to z maślanymi bułkami. Śniadanie polegało na połknięciu trzech maślanych i popiciu litrem mleka.

Ewa Kmiecik: To ja wspomnę o księgarni. Szczęśliwcy, którzy dostawali talony na podręczniki mogli je kupować w księgarni na Marysinie. Oczywiście nie było to takie proste, bo pan księgarz często wywieszał słynną kartkę "zaraz wracam". Dla mnie było to mistrzostwo świata. Nikt go nie rozliczał i zawsze był w porządku. A my czekając chodziliśmy na pączki do pobliskiej cukierni.

Małgorzata Klukiewicz: Pamiętam kiosk "RUCH-u" pani Stolarskiej na Rudzkiej przy Municypalnej (z resztą jest do dzisiaj) i przy tym kiosku był drugi z artykułami spożywczymi i słodyczami. Prowadziła go taka starsza pani, moja rodzina wołała na nią babcia. A może ktoś pamięta jak owa pani miała na imię? Wiem, że po jej śmierci kiosk zburzono. I jeszcze jedno. Pamiętacie kiermasze książek u Stefańskiego? Uwielbiałam tam chodzić, mama zawsze kupowała nam dużo kolorowych książeczek, które później mnie i mojemu bratu czytała.

Zbigniew Okruszek: Co do kiosków "RUCH-u", to nie tylko ten na Marysinie prowadzony przez Woźniaków, bo przy Lotnisku (czyli róg Pabianickiej i Dubois) był kiosk prowadzony najpierw przez Sompolskiego, ale to były wczesne lata 50-te i mało kto to pamięta. A potem przez długie lata zajmowało się nim małżeństwo Bednarskich. Pamiętacie teczki na kolorową prasę i te umizgi do sprzedawców, żeby coś zostawili? No, i te dwie budki z piwem w tym rejonie, o których niedawno pisałem :). Jeżeli idzie o biblioteki, to była taka również przy lotnisku, w miejscu, gdzie później była Cepelia. Była jeszcze jedna, przy Rudzkiej Górze - tam, gdzie potem było przedszkole. A składy węgla przy Sopockiej i Pabianickiej-Dubois, gdzie kupowało się również choinki przed Świętami?

Piotr Zygmunt Kołakowski: Przy ul. Fucika (Gombrowicza?) niedaleko Pabianickiej była klinika lalek. Zawsze fascynowała mnie wystawa - kilka lalek upstrzonych przez muchy za brudną szybą i lalka na szyldzie przy wejściu. Trochę mi się jako małolatowi kojarzyło, wstyd się przyznać - z Muzeum Oświęcimskim. Sama usługa wobec zalewu tandety fabrykowanej przez małe chińskie rączki może budzić u współczesnych zdziwienie. Ale podobno swego czasu był niezły popyt na takie usługi.

Ewa Kmiecik: Wtedy były lalki o porcelanowych głowach z mrugającymi oczami. Zdarzało się, ze oczka podczas zabawy znajdowały się wewnątrz głowy i trzeba było odwiedza tą klinikę. Dzięki Piotrze za przypomnienie. Mnie ona też trochę przerażała.

Zbigniew Okruszek: Tego już nie uświadczysz, zniknęły podobnie jak usługi polegające na naprawie parasoli, wiecznych piór, napełniania długopisów (vide p. Ilczenko), powiększaniu ekranów telewizorów czarno-białych, plisowaniu spódnic i obciąganiu (he, he:)) guzików, ostrzeniu noży i nożyczek, podnoszeniu oczek, czyli repasacji pończoch, napełnianiu zapalniczek gazowych z dorabianiem zaworków do jednorazówek (był taki punkt w Uniwersalu), regeneracji akumulatorów i wielu, wielu innych czynności...

Ryszard Łągiewczyk: Bardzo potrzebną w Rudzie usługą była naprawa i regeneracja wiekowych motocykli u pana Siemińskiego, którego syn jest członkiem KSRP

Piotr Czech: Pierwszy z takowych warsztatów pamiętam na Pabianickiej, gdzieś między Rudzką a łąkami, w takich drewnianych komókach. Właścicielem był chyba pan Błaszczak. Nazwisko znane w branży, bo i w Łodzi był warsztat motocyklowy prowadzony przez panią Błaszczakową - najpierw na Głównej (chyba 7 albo 13) a później, po wyburzeniu tej zasłużonej ulicy, na Kilińskiego.

Następny warsztat motocyklowy miał pan Marian Biernacki. Początkowo na ul. Zjednoczenia, w pierwszym podwórku po prawej od Pabianickiej (tam gdzie hala RKS, a przed wojną kino). Póżniej pan Biernacki przeniósł warsztat na Pabianicką - na przeciwko Zjednoczenia. Warsztat zresztą jest tam do dziś. W podwórku i "kanciapie" po panu Marianie Biernackim - z wejściem też od Pabianickiej - działał później "sklep" jego brata - Stanisława Biernackiego. Było to coś w rodzaju sklepu z częściami do starych motorów i aut - tony żelaznych skarbów dla takich jak ja.

W czasach bardziej nowożytnych był warsztat motocyklowy na rogu (południowo-wschodnim) Pabianickiej i Rudzkiej, ale nie wiem do kogo należał - nie korzystałem z jego usług.

Na koniec dodam, że aktualnie duży serwis motocyklowy (i salon m.in. Ducati) prowadzony jest przez państwa Kubików (ojca i syna) na Ekonomicznej. To na samym szczycie Ryszarda rodzinnej "Messagórki". Nota bene, tam wylądował właśnie teraz mój GoldWing na naprawę pompy hamulcowej i wymianę uszczelniaczy w teleskopach.

Piot Zygmunt Kołakowski:O, a ja jeszcze pamiętam taką dużą tarkę, czy jak to się inaczej nazywa, gdzie pod czujnym okiem pani Kolasowej rozdrabniało się główki kapusty. Były też służbowe gumowce do deptania tejże, ale zaszczytu tego dostępowały wyłącznie dziewczyny.

Zbigniew Okruszek: To się jest szatkownica, nazywana po prostu heblem. Już na początku października na ryneczku można było spotkać ludzi z takim heblem, którzy najmowali się do szatkowania kapusty po domach. Po zakończeniu tej czynności należało przygotować beczkę, wyszorować ją i wyparzyć, czasami nawet dla lepszego "odkażenia" była na dnie zapalana odrobina siarki. Potem z balii, do której kapusta była szatkowana, wsypywało się ją warstwami do beczki (na dnie były ułożone całe liście, czasami kilka głąbów oraz jabłek, które na wiosnę, po ukiszeniu, miały niezapomniany smak i aromat). Kapusta wcześniej była połączona z tartą marchwią z dodatkiem ziaren kminku i oczywiście przesypana solą. Każda warstwa w beczce musiała być starannie udeptana. Nie przypominam sobie jakichkolwiek gumiaków - bose, dobrze umyte nogi - co było sprawdzane - i już do beczki. W pierwszym momencie straszny ziąb, ale już po chwili stopy sie rozgrzewały. Po zapełnieniu beczki, na wyrównana powierzchnię kapusty były układane czyste, wyparzone deszczułki, które były przyciśnięte ciężkim kamieniem. Beczka stała w zimnym korytarzu. Po kilku dniach można już było spróbować - co było jednak tępione - pierwszych efektów kiszenia. Pyszny był również sok z kiszonej kapusty - niezastąpione lekarstwo na niektóre dolegliwości:) Kapusty starczało na całą zimę...

Zbyszek Frontczak: Ja też dodam kilka słów w temacie kapusty. Inny czas, co najmniej 15 lat wcześniej. inna przestrzeń, bo Rokicie. W naszej okolicy cymbalistów było wielu. Jankielem od szatkowania kapusty był pan Engiel. Stary, poczciwy Niemiec, któremu udało się przetrwać najgorszy okres 1945 roku i został w Polsce do końca swoich dni. Engiel był zamawiany co najmniej z dwu tygodniowym wyprzedzeniem, takie miał wzięcie. Przed przyjściem mistrza kapustę obierano z odstających liści i wykrawano głąby - wielki przysmak dzieci. Robiono to z dużą starannością bo mistrz kazał poprawiać. Po przyjściu pan Engiel zdejmował z pleców hebel zawsze starannie owinięty w białe płótno. Zaczynał strojenie instrumentu. Był to cały rytuał. Najpierw ustawiał na taboretach drewnianą balię, wcześniej starannie wyparzoną. Podkładał pod nogi taboretów złożone gazety. Tak, tak, gazeta w tamtych czasach miała szerokie zastosowanie. Robiła za klin, dywan (po szorowaniu podłogi ), podpałkę, służyła do wykładania w kredensie czy wodniarce i do innych celów, których nie wymienię. Wracając do szatkowania kapusty... Następną czynnością było staranne położenie hebla na balii tak by się nie przesuwał. Po tych czynnościach mistrz przebierał się w biały fartuch, siadał na jednym końcu hebla, dokonywał próbnego szatkowania i podawał pierwsze paski kapusty do oceny domowników. Jeżeli ta wypadła korzystnie, przystępował do pracy, której nie przerywał do ostatniej główki. W czasie szatkowania pociętą kapustę kładziono do wcześniej przygotowanych naczyń, posypując każdą warstwę kapusty solą. W tym czasie wytypowana osoba moczyła nogi w roztworze wody, sody i szarego mydła. Mycie nóg trwało do dwóch godzin. Kiedy kapusta zaczęła puszczać sok przystępowano do układania jej w beczce. Każda warstwa była starannie udeptana gołymi stopami. W moim domu zaszczytu deptania kapusty mógł dostąpić tylko mężczyzna. Deptanie kapusty przez panie było niedopuszczalne. Po drodze dokładano różne dodatki, najczęściej w/g pilnie strzeżonych receptur. Udeptaną kapustę przykrywano płótnem, kładziono dębowe deski, a na nie dobrze wyparzony kamień. Początkowo beczka z kapustą stała w kuchni. Kiszenie wymagało wyższej temperatury. Na koniec beczkę wytaczano na korytarz. Dużo można jeszcze napisać w tym temacie...

Piotr Zygmunt Kołakowski: A teraz coś w temacie poruszania się. Taksówka - miejski środek komunikacyjny. Specjalne oznakowany samochód, przeznaczony do przewożenia kilku osób. Pasażer sam wybiera trasę, głownie w obrębie miasta, ze względu na dużo wyższe ceny podróży poza strefą miejską. W latach 60-tych postój taksówek był na ul. Anieli Krzywoń. Królowały wtedy Warszawy M 20 i Wołgi. Taksówki zwane przez niektórych taryfami oznakowanie były biało-czarną szachownicą dookoła samochodu. W 1964 r.(?) pobudowano pawilony PSS przy Odrzańskiej i tam przeniesiono postój. Zmieniło się oznakowanie - pojawił się podświetlany kogut z napisem TAXI. Trzaśnięcie drzwiami kosztowało wówczas 4,50. Pojawiły się Polonezy, duże Fiaty i szczególnie cenione Mercedesy - beczki. Taksówkami wówczas jeździła rudzka elita, pauperyzacja tego środka transportu miała miejsce za Gierka. Opowieści o taksówkarzach było bez liku - posądzano ich o związki z SB, wożenie pań lekkich obyczajów itd, itp. Dzisiaj taksówkarze już nie należą do elity finansowej, magia zawodu cokolwiek podupadła. W każdym razie kawał historii...

Zbyszek Frontczak: A co możecie powiedzieć w temacie kowali w Rudzie? Ja godzinami gapiłem się na pracę kowala. Pamiętam dwóch w moim rejonie. Kowalski - róg Pabianickiej i Karpackiej, drugi, nazwiska nie pomnę, róg Cieszyńskiej i Pabianickiej. Ale to była tylko przynęta. Mnie interesuje kowal z przed wojny. Wiem o nim na razie bardzo mało. Kuźnię miał przy Staszica blisko Andrzejczaków. Podobno znany przed wojną obywatel Rudy. Wiem jeszcze, że jeden z synów był oficerem wojska polskiego. Wnuk mieszkaniec Rudy - kolekcjoner monet.

Zbigniew Okruszek: Byli, kolego Zbyszku kowale, byli. Może nie w sposób tak pogłębiony, jak na to zasługiwali, ale byli ciepło wspominani... Jeden był nawet na ulicy Reymonta, i dwaj na Choćkach: przy Pabianickiej u wylotu Ciechocińskiej (tam, gdzie jest/był "skwerek") i dalej w głębi przy Chocianowickiej, ale nie pomnę jaki numer policyjny? Może i było ich więcej, ale tego już nie wiem... Pewno był kowal i na Rokiciu, bo na fotkach konie tam widziałem...

Ewa Kmiecik: A mnie się przypomniał co prawda nie kowal, ale ktoś kto krzyczał "noże ostrzę" i jeszcze taki zawód "smot" - czyli człowiek instytucja, zbierający szmaty, butelki itp. Nie wiem czy dobrze napisałam, ale takie brzmienie pamiętam z dzieciństwa. Nawet straszono dzieci, że jak będą niegrzeczne to je smot zabierze. A kto pamięta osoby, które ramowały firanki? Ja pamiętam panią z ulicy Joanny. To była Pani Pawelczykowa. Pamiętam panią Świątkową z ulicy Granicznej, krawcową, która potrafiła uszyć wszystko. Do dziś podziwiam jej kunszt patrząc na swoją sukienkę komunijną.

Andrzej Matusiak: A ja powiem, że mnie najbardziej podobały sie kiedyś Panie, które podnosiły "oczka" :). Zajmowały się tzw. repasacją pończoch. Podnosiły owe oczka na szklance lub na grzybku "drzewianym" do cerowania. Moje Panie, czy nic nie pomyliłem, bo ja chodziłem tylko w patentkach, ale to tylko jak byłem smarkaczem.

Mika Kobylińska: Jak najbardziej "podnosiły oczka". W dobie braków wszelakich, to była usługa niezastąpiona. Cieniutkie pończochy były na wagę złota. Pończochy, a później rajstopy. Jak poleciało oczko, to biegało się do repasaczki, a nie tak jak dzisiaj, do sklepu po nowe. Na Marysinie, na przystanku tramwajowym, podnoszenie oczek było w takim drewniaczku obok kamienicy (chyba zielona była ta budka). Drugi punkt był za kamienicą dziadka Piotra Czecha.

www.000webhost.com