Klub Sympatyków Rudy Pabianickiej

.

rudzka czytelnia

MOJE PŁOMIENNE SNY O SZPADZIE I ZŁOTE O SZCZĘŚCIU
część 3

autor: Stefan Bogusławski, burmistrz Rudy Pabianickiej

... był rok 1908 ...

Z dala od ojczystego kraju, w odległej Syberji, w tzw. Jakuckim kraju, w niewielkim miasteczku - Bodajbo, nieco na wzgórzu położonem centrum Leńskiego Towarzystwa kopalni złota, poprzez otwarte okienko mego pokoiku spoglądałem na wciąż mieniącą się w promieniach zachodzącego słońca szeroką taśmę wód rzeki Witimu, dopływu Leny i na bezkresną, na wzgórzach po przeciwległej stronie rzeki porosłą, odwieczną i tajemniczą tajgę... Ciepły, pogodny, cichy był schyłek upalnego dnia letniego. Byłem sam. Na skrzydłach myśli przeniosłem się do mych najukochańszych, do mych najbliższych. Niedawne wspomnienia, a już tak dawne. Zdawało się tak bliskie, a tak jednak dalekie. Myślałem. Marzyłem. Ze zwojów mego mózgu, jak z kinematograficznego wałka, pamięć wysnuwała wciąż nowe obrazy…

Klinika szpitala Ś-go Ducha w Warszawie, gdzie byłem ordynatorem.

Postać mego serdecznego kolegi - studenta, Stefana Hubickiego, za pośrednictwem którego poznałem się z tow. Sławkiem i Ziukiem. Moja pierwsza z nimi konferencja w konspiracyjnem mieszkaniu przy ulicy Mazowieckiej. Drugie moje konspiracyjne spotkanie się z Ziukiem w Krakowie, o zmroku, w pokoiku hotelowym, gdzie mu wręczyłem projekt taktyki bojowej. Późniejsze wyznaczenie mi roli szefa sztabu bojówki. Perjodyczne, zresztą dość częste, konspiracyjne odwiedziny w mym gabinecie lekarskim przy ulicy Nowy Świat to Ziuka, to najczęściej Michała (Aleksander Sulkiewicz), to Mańkowskiego, to Agrafki (Denel), to Wojczyńskiego. Czasem przychodziła któraś z niewiast z poleceniem lub papierami i zabierała plany. Po takich odwiedzinach najczęściej ulatniałem się na dni parę z Warszawy wraz ze swym nieodstępnym aparatem fotograficznym w celu zdjęcia z lotu ptaka, a raczej z wieży jakiegoś kościoła - planu koszar, dowiedzenia się rozlokowania poszczególnych części wojsk rosyjskich, wysondowania nastroju żołnierzy, zbadania terenu itp . Po powrocie do domu, zadaniem mojem było robienie sieci rozlokowania wojsk, instytucyj państwowych rosyjskich, z oznaczeniem sity liczebnej, nastroju, z znaczeniem warunków korzystnych lub niesprzyjających przy ewentualnej akcji bojówki. Często zjawiałem się na konferencjach okręgowych w różnych dzielnicach miasta w mieszkaniach konspiracyjnych, o adresach których dowiadywałem się zazwyczaj w jakiejś cukierni, podawszy umówione hasło kasjerce lub sprzedawczyni. Rzadziej - wyjeżdżałem do Zakopanego lub Krakowa na zjazdy frakcji. Należałem bowiem do "fraków".

Oto staje przed memi oczami postać tow. Zygmunta, dodanego mi do pomocy w pracy. Sympatyczny młody chłopiec. Któregoś letniego wesołego popołudnia zawiadamia mnie, że jest wyznaczony na robotę. Po zdaniu rozpoczętej przezeń pracy prosi, bym list do jego rodziców i jakieś jego osobiste papiery wręczył pod wskazanym adresem, gdyby nie wrócił. Ciepła łza, ów widoczny symbol pomostu miłości między brzegiem ukochań osobistych, a brzegiem ukochania sprawy społecznej, zjawiła się w oczach chłopca, gdyśmy się żegnali. Szedł jednak pełen zapału... Wrócił.

W porannych godzinach którejś pogodnej niedzieli miesięcy letnich zatrzymał się pociąg, idący z Warszawy, na stacji w Świdrze. Z pociągu wyszło osób kilka. Od grupki wysiadających oddzieliłem się ja i jeszcze jakiś młody mężczyzna. Obaj zwolna skierowaliśmy się w stronę lasku po lewej stronie toru. Szliśmy czas jakiś w przyzwoitej odległości od siebie, obserwując się podejrzliwie nawzajem.

Dokładnie nie wiedziałem, gdzie znajduje się willa Hiszpańskiego, w której mieszkał Danilowski. Tam bowiem miała się odbyć konferencja okręgowców. Przechodził chłop jakiś. Pytam. Skręcam we wskazanym kierunku. Spostrzegam, że chłopa zatrzymuje mężczyzna, za mną idący. Pyta go o coś, a następnie idzie w tym samym, co ja, kierunku. - Psiakrew, albo szpicel, albo nasz, myślę? Zwalniam kroku, a zrównawszy się, zwracam się nagle twarzą do niego i z ręką na bronku pytam:

- A Pan gdzie idzie?
- Tam, gdzie i Pan - i wypowiada umówione hasło.

A więc zgoda. Idziemy razem. Był to towarzysz Roman, którego osobiście nie znałem. U Danilowskiego zastaliśmy bractwo w Komplecie. Rozważana była sprawa urządzenia "krwawej środy". Dyskusja trwała dość długo. Były głosy "za" i "przeciw". Większość była "za". Ja i jeszcze kilku towarzyszy byliśmy "za" - warunkowo. Obawiając się w następstwie większych represyj, byliśmy zdania wstrzymać wyznaczony termin do chwili zorganizowania kadrów milicji. Sądziliśmy, że w ten sposób będziemy w stanie dać należytą odprawę za carskie represje. Ale Ziuk swój ważki głos położył na szali "za" i sprawa była przesądzona. Jednocześnie polecono mi opracować statut organizacyjny milicji.

Pod wieczór, żegnając gościnnego gospodarza, wysuwaliśmy się pojedyńczo i różnemi drogami w stronę stacji. W kilka dni potem przyszedł do mnie Ziuk z Michałem. Polecono mi jechać do Krakowa w celu organizacji drugiej szkoły bojowej (koniec lata 1906 r.) zupełnie na innych, niż dotąd zasadach, mając więcej na uwadze fachowo-wojskowe przygotowanie bojowców. Wyjechałem jeszcze przed "krwawą środą". Kraków. Tam miałem się zwrócić do Zygmunta Klemensiewicza, który znając miejscowe warunki, miał mi okazać pomoc w pracy organizacyjnej. U niego było konspiracyjne biuro zgłoszeń, biuro rekrutacyjne kandydatów, przesyłanych z Kongresówki. Wynajęliśmy cały pensjonat "Ukraina" od brata Medarda Downarowicza na szkołę, jakoby agitacyjną. Z góry do wieszania bielizny zrobiliśmy salę wykładową z przedmiotów ogólno-wojskowych. W przyległych pokoikach były wykłady, pokazy ćwiczenia grupowe, niewielka bibljoteczka wojskowa i niewielki skład broni. Kilkanaście bronków, kilka Mauserów składanych i po jednym egzemplarzu karabinów, używanych w armjach zaborczych - modele granatów ręcznych, bomb i trochę amunicji. W korytarzu urządziliśmy strzelnicę do ćwiczeń w strzelaniu (Zimmerschiessen). Pokoje na całem pierwszem piętrze i częściowo na parterze zajęte były przez słuchaczy szkoły. System koszarowy. Rożen, Klemensiewicz, Kapelner, mój zastępca (nie pamiętam pseudonimu) - wszystko byli wojskowi - i ja byliśmy wykładowcami. Pośród słuchaczy mieliśmy Michała (Sulkiewicz), Agrafkę (Denel), Oskara (Skorobohaty-Jakubowski) i jedną niewiastę, tow. Krachelską, która rzucała bombę na Skałona. Żywo przed oczyma stawały mi postacie wszystkich tych towarzyszy, zarówno i tych, z którymi stykałem się poza szkołą, jak Mańkowski (Dziadek), Leon (Czarkowski) i stara weteranka ruchu, p. Zajączkowska, u której przechowywały się ważniejsze dokumenty nasze. Ćwiczenia grupowe za Krakowem, na Podgórzu. Manewry ogólne w Krzeszowicach po sześciotygodniowym kursie. Na manewrach był i Ziuk. Było już po "krwawej środzie". Jeszcze ostatni dzień zajęć w szkole. Żegnamy się. Wszyscy mają rozjechać się w dniach najbliższych do swych stron rodzinnych. Mój zastępca prosi o pozwolenie przerobienia jeszcze raz z pewną grupą słuchaczy ćwiczeń w rzucaniu granatami. Niechętnie, ale się zgadzam. Wieczorem siedzę z Michałem przy czarnej kawie w znanej kawiarni w rynku Krakowskim Nocą mam jechać do Warszawy. Wtem wchodzi Daszyński. Spostrzega mnie. Podchodzi do naszego stolika z wyrzutami.

- Coście najlepszego zrobili? Wasi chłopcy pod "zegarem", aresztowani. Dopiero co udało mi się ich uwolnić.
- Co się stało?

Okazuje się, że mój zastępca wraz z grupą słuchaczy zostali przez chłopów, przestraszonych wybuchem granatu gdzieś w lasku, otoczeni, zaaresztowani i przyprowadzeni do Krakowa pod "zegar" i dopiero za wstawiennictwem Daszyńskiego zwolnieni. Przykro mi bardzo było. Trudno. Nocą wyjechałem...

W kraju szybko postępowała likwidacja ruchu rewolucyjnego. Jedni z bojowców uchodzili za kordon i zwolna, pod kierunkiem Ziuka, przeistaczali się w przyszłe organizacje strzeleckie. Inni, których śmierć nie spotkała, poszli na Sybir. W kraju zniechęcenie, martwota, szara codzienność...

Ocknąłem się...

Była już późna, piękna, gwiaździsta noc. Tak żywo rysowały mi się obrazy niedawnych przeżyć, że dobrą chwilę trwało, nim wreszcie uprzytomniłem sobie, gdzie jestem. Nie w Warszawie, nie w Krakowie, a o tysiące wiorst od terenu mych przeżyć, w odległem Bodajbo północnej Syberji. Oczy się kleiły... Tej nocy już niewielu z nas śniło jeszcze sen płomienny o szpadzie złoty sen o szczęściu.

* * *

www.000webhost.com