Klub Sympatyków Rudy Pabianickiej

.

rudzka czytelnia

Dyszel

Grzegorz Timofiejew - "Trudna wolność"

Oto, co napisali Klubowicze o przedstawionym niżej opowiadaniu:

Zbigniew Okruszek: Opowiadanie ze zbioru Grzegorza Timofiejewa "Trudna wolność", niedokończonego w stosunku do pierwotnych zamierzeń, i wydanego już po śmierci Autora w 1964 r. Ta data, myślę, tłumaczy nieco "poetykę" zastosowaną przez Timofiejewa, pisarza o określonych lewicowych poglądach. I może nie byłoby warto tutaj przypominać jego dokonań literackich, ale jest to właściwie jedyny pisarz, który nie tylko mieszkał na terenie Rudy, ale i o niej pisał.

Nie każdemu się to opowiadanie spodoba, ale to nic szczególnego. Wśród propagandowej sieczki jest tutaj jednak na pewno jakieś ziarno prawdy o powojennych początkach działalności dawnych zakładów Adolfa Horaka. I to wystarczy...

Piotr Zygmunt Kołakowski: Między wierszami można się domyślić, jak to było naprawdę, mimo że widać wprawną rękę cenzora. Bardzo ciekawy tekst.

****

Chcecie wiedzieć, jak było i dlaczego ludzie w pierwszy czas za darmo robili? Tak, dzisiaj to nie do wiary. Ale wtedy...

A w ogóle trzeba mieć serce do włókniarskiego warsztatu. Na ten przykład ja. Popytajcie na Chojnach o Łęgoszów. Znają nas: cała rodzina włókniarska. Ojciec, niezgorszy człowiek, tylko za dużo dzieci miał, a wychować nie mógł. Zresztą, wtedy całkiem inaczej się żyło pod kapitałem. W domu bieda była, aż piszczało. Pamiętam, jak matka ojcową kapotę sprzedała. Taki mus przyszedł. Za kapotę chleba kupiła.

Kiedy miałem czternaście lat, rodzice oddali mnie na naukę do Rosenblatta. "Na włókniarza wyjdziesz, dobrze i będzie." Pięć rubli za mnie zapłacili i to w złocie. Moneta maciupieńka, jak nasze dwa grosze. Ale jak na ząb ją wziąłeś, prawdziwe złoto. Więc pięć rubli carskich dali, nie byle co.

U Rosenblatta nauczyłem się fachu, zostałem włókniarzem i tak już na włókniarskim wozie całe życie jechałem. Różnie bywało. Wóz trzeszczał, skrzypiał, ale jechał. Bo musicie wiedzieć, że miałem dobry dyszel: wiele rozumiałem.

Jak pierwsza wojna się skończyła, parę lat później wstąpiłem do KPRP, w lewicy związkowej robiłem, strajki organizowałem. I szanowali mnie robotnicy. Łęgosz? A który to? Aleksander? Wysoki, zwalisty... Ten? No to nasz chłop - tak gadali. I gdzie ja byłem, tam oni szli z zaufania do mnie, no i ma się rozumieć z klasowego wyrobienia.

Przed wojną pracowałem u Torończyka przy Gdańskiej. Też we włóknie. A kiedy Hitler nastał, przeszedłem do Horaka w Rudzie. I tam się to wszystko zaczęło.

Stary Horak (bo był i młody - inżynier) miał hopla z przerzutką. Baptysta! Swoich do fabryki ciągnął, a najbardziej do administracji i na tkaczy. Nie było to takie najgorsze, bo baptyści, jak wiadomo, naród spokojny i kiedy Hitler przyszedł, a wszyscy Niemcy hajtlowali, u Horaka było cicho, nikt nas nie krzywdził. Ale my, ma się rozumieć, robiliśmy swoje. Albo radia słuchamy, albo sabotaże organizujemy, albo gazetki czytamy. Nijak szło pogodzić się z myślą, że Polska już całkiem przepadła. Wierzyliśmy, że przyjdzie lepsze jutro. Zima wtedy była sroga, mróz pazurami darł. Na wschodzie armia niemiecka się wykończyła. Rusek parł na całego.

Ze środy - zaraz, kiedy to było? - tak, dobrze mówię, ze środy na czwartek, krótko przed wyzwoleniem, Niemcy zatrzymali nas w fabryce. Siedzimy, ale robić, to już nie robimy. Słyszymy, jak Niemcy między sobą gadają, że "Iwan idzie". Ręce im się ze strachu trzęsą, ale w łapach karabiny. Więc siedzimy cicho, nie wiadomo, co będzie. Wiadomo tylko, że z Niemcami koniec i że fabryki już do kapitalistów nie wrócą, w gazetkach czytaliśmy, jaka Polska ma być. Ale Niemcy jeszcze szkodzą, jak mogą. Stary Horak z kotłowni ślimaka kazał wykręcić, z elektrowni, z turbiny różne części wyjąć. Żeby nie można było zakładów uruchomić. Zapakował toto i "nach Heimat" wysłał. Baptysta był, a w końcu jak każdy hitlerowiec zrobił.

Przy bramie z werkschutzu stali. Może się i nasz bali, ale karabiny mieli, a my nie.

Ostatnia noc była straszna. Huczało, bomby się waliły, niebo jakby kto strzałami przeszywał, raz, raz - i całe ogniem bucha, pali się. To radzieccy żołnierze ze swoich katiuszy strzelali.

Poszedłem patrzeć na wieżę, wziąłem ze sobą paru Niemców z werkschutzu. Głupiego udaję, co to może być? I pokazuję, jak niebo się zapala od radzieckich dział. Niemcy milczą. Wrócili do siebie, do bramy, cicho siedzą. My też nie hałasujemy. Ostatnia noc. Ale cicho. I cicho w bramie. Poszliśmy razem, patrzymy, nie ma nikogo. Straż zwiała. Wolność! Ludzie w krzyk, z tej radości. Wolność! Idź dokąd chcesz, rób jak chcesz.

Ma się rozumieć, każdy do swojego domu spieszy. Szosa do Pabianic pełna Niemców. Uciekają, jak my we wrześniu albo i gorzej. Kto na wozie, kto pieszo, z dzieciakami, z tobołami. Od śmierci uciekają.

W południe od Rzgowa nadjechały radzieckie czołgi. Za radzieckimi czołówkami szła jakby druga linia. Czołgi przeleciały raz dwa. W drugim rzucie była piechota. Ludzie obcałowywali młodych sybiraków. W watówkach toto, z pepeszami tylko, ale żołnierz bitny. "Giermancy kaput" wołają, a my w radosny krzyk. Niektórzy płaczą, tak ich wzięło.

Na drugi dzień idziemy do naszej fabryki. Straż radziecka stoi: "nie lzia". I pytają: "gdzie bumaga?" Zabezpieczyli fabrykę przed grabieżą. Wyznaczyliśmy ulicę Wieniawskiego, gdzie był lokal PPR. Przyszło ze stu pięćdziesięciu robotników. Gwar, radość, czasem i łzy. Bo z radzieckim wojskiem przybyli nasi towarzysze z Warszawy i innych miast. I już wiadomo było, co z którymi się stało, kto nie żyje, kto z robót nie wrócił albo w kacecie zmarł. Pytam o nowości, z towarzyszami się całuję. Nagle córka mi się przypomniała, co w Oświęcimiu zniknęła. Nie dożyła wolności. Niejeden taki ciężar na sercu miał. Ale jest wolność, jest Polska, bierz się, bracie, do roboty!

Ma się rozumieć działała u Horaka jeszcze za Niemców organizacja PPR. Teraz wyszła z konspiracji. Sekretarzem został Marian Różański. Partia zorganizowała życie na zakładzie. Wybrano dziewięcioosobową Radę Zakładową z Aleksandrem Nowackim jako przewodniczącym. Towarzysze pogadali, jak przystało i wzięli się do rzeczy. "Fabrykę należy uruchomić!" Ale jak, kiedy fachowców nie ma. Tkacz albo zwykły przędzalnik pójść musiał na kierownika, a tkalnia u Horaka - ho, ho! Bałem się i bali się inni, czy podołają. Z chłopa król - niby... Ale z dzielnicy nam mówią, że człowiek dorasta do zadań. I że sam Lenin tego nauczał. Państwo - mówił - trzeba budować z takimi ludźmi, jacy są. Skoro on tak mówił, to musi być prawda.

Miałem więc uruchomić tkalnię i zorganizować tu komórkę PPR. Ale woła mnie Komitet. Mówią:

- My was, towarzyszu Łęgosz, do dyplomacji posuniemy.
- A widzicie mnie we fraku w Paryżu albo Londynie? Bo ja nie.
- Przed wojną w łódzkim komitecie KPP byliście? Klasowe rozumienie macie?
- A i owszem, mam swój dyszel. Ale gdzie mi do dyplomacji!
- Co wy tu nam o dyszlu gadacie! Tu się o rewolucję rozchodzi. Pewnych ludzi nam trzeba. Wy w sam raz.
- Jak wam w sam raz, to zostawcie mnie na fabryce. Kto ma uruchomić tkalnię, jeśli nie ja, mistrz tkacki?

Zgodzili się. Poszedłem z towarzyszami na fabrykę. Wchodzimy, a tu aż boli patrzeć. Szyby z okien wyleciały, kaloryfery od mrozu popękały, mróz wlazł wszędzie, osnowy do warsztatów przymarzły. A i pasy poucinane, widać grabież była. Obraz rozpaczy. Zapłakało we mnie włókniarskie serce. Do tego ślimak z kotłowni wykręcony, turbina bez potrzebnych części. Jak fabrykę uruchomić? Gadaniem robota nie stoi.

Wszystkie kłopoty od razu były w kupie. Z nimi zaczęliśmy. A co się jedna bieda skończyła, druga na kark nam lazła.

Po zrabowane części maszyn z kotłowni i elektrowni wysłaliśmy delegację na ziemie odzyskane, tam Horak jakąś fabryczkę miał. Ale próżne było szukanie. Dopiero po roku jakaś jednostka wojskowa nam nasze skarby przywiozła aż z Niemiec Zachodnich.

Trzeba był własnym przemysłem zacząć. W pierwszy czas parę ciągnęliśmy rurami ze Starorudzkiej, tam też fabryka była, kotły dało się uruchomić. Później inżynier Klimek z Pabianic, ten, co dziś rektorem jest, pomógł nam turbinę naprawić.

A co z surowcem? Niemcy zostawili w magazynach trochę bawełny. Na razie starczyło. Potem rozmawialiśmy z towarzyszami radzieckimi i przyszła bawełna ze Związku, dobra na średnioprzędną tkalnię.

Ludzi przyjmowaliśmy stopniowo. Zgłaszali się z radością, bo wtedy człowiek ze wszystkiego się cieszył. Wolność! Na warsztacie bez zapłaty robisz, ale Niemiec ci za plecami nie stoi.

Przez pierwsze osiem tygodni nikt pieniędzy nie dostał. Litr zupy na stołówce, chleb i metr czy dwa materiału z niemieckiej produkcji. To wszystko. Ale ludzie nie sarkali. Radości ze swobody starczyło dla wszystkich i za wszystko.

Bardzo kiepsko było z żywnością. Burmistrz chleba nam dawał, fajny chłop, niech mu tam zawsze wielka pajda z dobrą omastą smakuje, ale nie było czym z piekarni przywozić. Dopiero po długim czasie dostaliśmy dwa samochody kanadyjskie, transport znaczy się... Tymczasem mieliśmy wózek dziecięcy od Horaka i kucyka. Zaprzęgaliśmy kucyka i tak chleb przywoziliśmy. "Oho - mówią towarzysze - zaraz obiad będzie, kucyk z bochenkami leci."

Posyłaliśmy ludzi po chleb na wieś, bo nie starczało, a o suchej gębie nijak pracować. Różnie się działo Pewnego razu pojechało dwóch towarzyszy aż za Sieradz. Banda ich złapała. U jednego, Frankus się zwał, peperowską legitymację znalazła. Banda legitymację znalazła i chciała człowieka zamordować. Ale Frankus nie miał ręki i ta ręka, której nie miał chłopa uratowała. Bezręki, powiada, jestem, kaleka. Musiałem do PPR się zapisać, żeby z głodu nie zemrzeć. No to mu życie darowali. Tylko znęcali się nad nim. Strach, jak się znęcali. Ale życie uratował. A my nie robiliśmy wielkich rzeczy z tego, że partii się zaparł. Kaleka. I takie czasy. Śmierć niejednemu towarzyszowi w oczy zaglądała. Ty kto? Peperowiec? Trach, trach! I po wszystkim.

Stąd też i podejrzliwość była większa niż zazwyczaj. Jak zaczęliśmy palić w kotłach, na przędzalni rury wodociągowe popękały. Przyjechali towarzysze. "Sabotaż" - krzyczą. Robotników przesłuchują, o wszystko się wypytują, grożą... "My was...!" Za sabotaż znaczy się. A wtedy rzeczywiście tak było, szkodnictwa pełno. Jeden robił, a drugi mu nogę podstawiał. Nieraz nie szło się rozeznać, gdzie przyjaciel, gdzie wróg. . Więc przyjechali towarzysze, ludzi przyciskają. A ja zmiarkowałem od razu, choć tylko trzy carskie oddziały skończyłem. "Towarzysze - mówię - przecież rury są ze stali, a łącza z surówki. Zamarzły. Mróz łącza z guzu rozsadził. Jaki tu sabotaż?"

Odjechali! Ale niedługo był spokój. Zaczęło się z ludźmi. Niby wszystko dobrze szło, po ośmiu tygodniach zapłatę dostali. Po 100 złotych miesięcznie, jak leci, od dyrektora do podwórzowego, wszyscy równo. Mało, ale zawsze już coś... Było gorzej. Ale ten i ów się zbakierował. Od góry poszło. Dyrektorowi władza do głowy uderzyła. Zaczął się wynosić, po swojemu robić, z Radą zadzierać. A przecież zwykły kierownik farbiarni był, myśmy go dyrektorem wielkich zakładów zrobili, naczelnego mu dali. No, tak to jest... Rewolucja dopiero się zaczęła, a już nam dygnitarz na karku siada, nam, robotnikom! A paszoł won! Przepędziliśmy ważniaka i sami fabrykę prowadzimy. Dopiero po pewnym czasie Centralny Zarząd nowego naczelnego nam dał.

Dyrektor, to już inny, administracyjno-handlowy, zawsze z teczką chodził. Myślimy, jak dyrektor to i teczka musi być. Ale patrzymy, teczka z rana chuda, po pracy gruba. U licha, z czego teczka tak tyje? Tyle roboty do domu zabiera? Patrzymy, a tu w teczce dwadzieścia siedem metrów towaru.

Taki pracowity! Złodziej nie dyrektor, przepędziliśmy.

Na salach sześćdziesiąt tysięcy cewek z przędzą zginęło. Musieli robotnicy wynieść. Wtedy w Rudzie chałupnictwo ruszało. Każdy z osobna niewiele wziął, ale w całości strata duża.

Idę ja kiedyś przez tkalnię, już po fajrancie. Słyszę "szur, szur". Nie inaczej, tylko ktoś towar z maszyny ściąga. Dopadłem złodzieja. Łapię. On wyrżnął mnie w pierś kułakiem, aż na sąsiednią maszynę padłem. Ale się podniosłem. Tymczasem złodziej w nogi, skok, i byłby mi uciekł, bo tkalnia na parterze się znajduje. Ale ja drania za nogi złapałem, trzymam. "Puszczaj" krzyczy i nogami dryga. "Puszczaj! Twoja fabryka?" "Nie moja - mówię - ale i nie twoja, a kraść nie dam - i trzymam złodzieja za nogi i przemawiam do tych nóg - fabryka to dobro wspólne." Tamten kulasami jeszcze raz fajtnął, wyrwał mi się i zwiał.

Trudno, trzeba było pod rewizję iść. Rada Zakładowa pierwsza - dla przykładu. Ja też. Ale mnie nie rewidowali. Bo mówili, że ja jeszcze z chałupy do fabryki przyniosę, jak trzeba.

Ludzie jednak zaczęli się burzyć.

- Fabrykant rewidował i teraz też rewidują, a mówicie, że fabryka nasza.
- Nasza, to nie znaczy, że produkcję po chałupach można rozwłóczyć - mówię.

Wprowadziłem współzawodnictwo i wielowarsztatowość. Na przędzalni strajk. Wolą do tkalni. A ja drzwi zamknąłem, trzymam.

- Otwieraj - krzyczą - za fabrykanta trzeba było harować i teraz to samo ma być?
A ja po drugiej stronie zamkniętych drzwi stoję i tłumaczę.
- Przecież już u Horaka robiliście na trzy strony. To byście chcieli w socjalizmie nygusować?
A oni z tamtej strony drzwi:
- Robiliśmy, ale z musu, a teraz wolność, ludowa władza.
To ja znów, z tej strony drzwi:
- A ludowa władza ma w dziurawych portkach chodzić? Ojczyzny nie odbudujecie, jak tak dalej pójdzie.

No i taka była przeprawa przez zamknięte drzwi. Ale ludzi przekonałem. Do pracy wrócili. Dziś, jak tamto wspomnę, śmieję się. O trzy strony się rozchodziło? A dziś jak pracują? I dają sobie radę.

Tak to było z tą fabryką. Przeszkód, kłopotów co niemiara. Ale ludzie się wyrobili, na dobrych fachowców wyszli i nauczyli się gospodarskiego rozumienia.

Pierwszego maja wzięliśmy udział w pochodzie. Nasi wyszli w ludowych strojach. Prządki w kolorowych spódnicach, sami ten materiał tkaliśmy. Jak która dziewucha w pasie się przegięła, spódnica aż kolorami furczała i w słońcu świeciła.

Z Komitetu na trybunie stoją, patrzą, klaszczą. Później mówią mi:
- No, Łęgosz, nie myśleliśmy, że tak dobrze tkalnię poprowadzicie. Słusznie, że w fabryce zostaliście.
- Chyba - mówię - fabrykę uruchomić, to nie guzik do kapoty przyszyć. Też dyplomacja potrzebna, a wyście mnie chcieli...
Towarzysze śmieją się:
- Dobra, dobra... Jedźcie już na swoim wozie.

I jechałem. Ludzi wychowałem, na dobrych tkaczy albo i kierowników działów wyprowadziłem. "Dochtór" mi mówili, nie dyrektor. Bo ja tylko przyjdę, spojrzę i już widzę czy kropki dobre albo gdzie w metrażu feler i dlaczego. Dziś z technikum różni przychodzą, pod światło płótno biorą, badają, rajcują. A ja od razu co i jak. "Dochtór". Choć niekiedy, gdy młodych słucham, trochę mi przykro. Wykształcenia teoretycznego i ogólnego nie mam. Czasu na takie nauki nie miałem, a dziś już za późno. Pod siedemdziesiątkę mi idzie.

Przepracowałem w moim fachu pięćdziesiąt jeden lat. Teraz na rentę przeszedłem. Oj, jak mi się przykrzyło przez pierwsze dni! I teraz też: jak wspomnę, co najlepszego w moim życiu było - fabryka w oczach stoi i towarzysze.

No cóż, jechałem na swoim wozie, aż dojechałem do siwych włosów. Droga i tak i siak biegła, wóz trzeszczał, skrzypiał, ale wytrzymał. Dyszel był dobry.

www.000webhost.com