Klub Sympatyków Rudy Pabianickiej

.

rudzka czytelnia

Jan Libsz - bohater polskiego podziemia

Fragmenty opracowania Artura Ossowskiego, historyka,
pracownika łódzkiego oddziału IPN

Jan Libsz

14 lutego 1942 r. powołano do życia Armię Krajową. Szczególnie na ziemi łódzkiej jej rozwój widoczny był we wszystkich trzech stadiach organizacyjnych, które do 1942 r. stworzyły Polskie Siły Zbrojne na Kraj. W ten sposób ujednolicono działania oraz przejęto kierownictwo nad szeregiem drobniejszych organizacji niepodległościowych. Dotyczyło to zwłaszcza akcji "N" - jednego z najbardziej spektakularnych osiągnięć polskiego podziemia, która zaistniała jesienią 1941 r., gdy niemiecka machina wojenna zaczęła wytracać swój impet. Jednakże w łódzkim już z początkiem 1940 r. pojawiły działania oryginalnej wojny psychologicznej z wrogiem. Była to głównie zasługa Jana Libsza, którego niezwykłą sylwetkę przypomniałem dwa lata temu (...). Teraz chciałbym poszerzyć wiedzę o bohaterskich czynach tego człowieka.

Drukowana dywersja

Łódzka konspiracja powstawała w bardzo trudnych warunkach. Wielkopolskę wraz z dużą częścią województwa łódzkiego oraz samą Łódź, Niemcy wcielili do Rzeszy, tworząc tzw. Kraj Warty. Okupant niemiecki oparł się na licznej mniejszość niemieckiej, która doskonale orientowała się w polskich realiach. Dzięki ich wsparciu hitlerowcy w szybkim czasie stworzyli szczegółowe listy proskrypcyjne Polaków. Tymi "uproszczonymi wyrokami śmierci" objęto prawie 2 tys. osób w woj. łódzkim. Latem 1939 r. prace nad spisem przedstawicieli polskiej inteligencji ukończono i niebawem zbrodnicze plany zaczęto realizować. Większość ofiar z tego spisu zginęła w okolicach Wiączynia i Lućmierza już jesienią 1939 r., a masowe mordy trwały w podłódzkich lasach do 1943 r.

(...) W trakcie wojny żywioł niemiecki był systematycznie wzmacniany. Forpocztę jego sił stanowiły różnego rodzaju jednostki policyjne i wspierające je oddziały wojskowe. W sumie do jesieni 1944 r. liczba Volksdeutschów i Reichsdeutschów w Łodzi została niemal podwojona. (...) Z podporządkowanego obszaru hitlerowcy systematycznie usuwali ludność polską, a w łódzkim getcie planowo wyniszczono ok. 200 tys. Żydów. Rozpoczęło się także wywłaszczenie Polaków z nieruchomości. Odebrano im zakłady przemysłowe, usługowe oraz majątki ziemskie. Wyrugowano ich również ze stanowisk kierowniczych, aby nie mieli wpływu na administrację i gospodarkę III Rzeszy. Ograniczenia dotyczyły ponadto życia religijnego, oświatowego oraz sportowego. Wszystko obwarowano nakazami, a w mieście pojawiły się miejsca i strefy, do których tzw. podludzie nie mieli wstępu.

Mimo to wielu Polaków skutecznie penetrowało środowisko przeciwnika. Z tych metod korzystali również ludzie związani z akcją "N", czyli działaniami dezinformacyjnymi. Ich posunięcia miały podważać wiarę społeczeństwa niemieckiego w zwycięstwo i nieomylność Adolfa Hitlera. Lansowano również tezę o funkcjonowaniu antyhitlerowskiego ruchu oporu w armii i środowiskach cywilnych. Spreparowane informacje dotykały najistotniejszych spraw politycznych i militarnych III Rzeszy. Oczywiście dużo miejsca poświęcano zagadnieniom narodowościowym, wskazując na nieodpowiednie traktowanie Volksdeutschów przez rodaków z tzw. Starej Rzeszy. W Łodzi i rejencji większość urzędów obsadzono Reichsdeutschami - osobami urodzonymi w przedwojennych Niemczech. Natomiast niższe stanowiska z czasem przekazano ziomkom z Besarabii i krajów nadbałtyckich. Dla łodzian niemieckiego pochodzenie pozostawała jedynie służba w armii lub jednostkach policji. Ciekawe, że niewielu z nich zasiliło szeregi Gestapo. Przyczyną był niski stopień Volkslisty (DVL) i duże braki w wykształceniu poszczególnych kandydatów.

Naziści skutecznie ograniczyli również dostęp do informacji w języku polskim, choć w Łodzi przez pierwsze miesiące okupacji drukowano gadzinowe pismo "Nowy Kurier Warszawski". Cały nakład gazety kierowano do Warszawy, czyli na obszar Generalnego Gubernatorstwa, ukazywała się ona w liczbie 200 tys. egzemplarzy. Należy podkreślić, że braki w dostępie do informacji dla polskojęzycznych mieszkańców Kraju Warty był większe, aniżeli w sąsiednim Generalnym Gubernatorstwie, czy też w głębi Niemiec. (...) Pod groźbą kary śmierci zabraniano Polakom używania odbiorników radiowych, gramofonów oraz aparatów fotograficznych. Z początkiem 1940 r. wprowadzono kolejne zakazy uniemożliwiając zniewolonej ludności korzystania z kin, kawiarni, maszyn do pisania, samochodów, rowerów i telefonów (w 1943 r. wycofano się z tego zarządzenia). Upokorzenie Polaków było tym większe, gdy uświadomimy sobie, że okres drugiej wojny światowej to niebywały rozwój narzędzi propagandowych. Wszelkie działania mające na celu osłabienie nazistowskiego kagańca są warte przypomnienia. Dotyczy to zwłaszcza prasy podziemnej - zarówno polskojęzycznej, jak też tej skierowanej do Niemców. Zwłaszcza pisma propagandowe, w tym niemieckojęzyczne, mogły przyciągnąć niektóre jednostki na stronę polską.

Broń poligraficzna

Długo jednak priorytetem dla Polskiego Państwa Podziemnego były akcje informacyjne, gdzie precyzowano cel walki i omawiano metody oporu. Słusznie zauważano, że wpierw należy uodpornić na propagandę nazistowską własnych obywateli. Dopiero później można przechodzić do akcji dezinformujących szeregi wroga. Zwłaszcza latem 1940 r., gdy niemieckie armie triumfowały we Francji, opinie prasy podziemnej były niezbędne, albowiem umacniały idee oporu w społeczeństwie polskim. Dlatego wciąż poszerzano zasięg prasy oraz liczbę pism. Była to bardzo skuteczna "broń drukarska", której naziści nie byli w stanie wytrącić z rąk polskiego społeczeństwa aż do końca wojny. Oczywiście nie tylko poczynania Związku Walki Zbrojnej (ZWZ) i późniejszej Armii Krajowej (AK), wywarły wpływ na postawę narodu. Niekiedy inne ośrodki niepodległościowe kształtowały opinie obywateli, co w latach 1939-1940 zaowocowało szczególnym rozwojem podziemnej poligrafii.(...)

Ogłupianie wroga

W Łodzi rolę rozwinięcia akcji "N" wziął na siebie Oddział II, czyli wywiad. Ze swych struktur wyłonił on odpowiedni pion. Celem nadrzędnym było tworzenie "szumu informacyjnego", wymierzonego w nazistów i podkopującego ich administrację. Cennym nabytkiem byli kolejarze, strażacy i lekarze, gdyż nie obowiązywały ich ograniczenia związane z godziną policyjną. Doceniano także wszelkiego rodzaju majstrów fabrycznych (...), wielu z nich z rozkazu Polskiego Państwa Podziemnego przyjęło Volkslistę. Tak było w przypadku Jana Libsza (ur. 26 marca 1912 r.), mistrza piekarskiego ze Zduńskiej Woli, syna Jana i Wandy Ryman.

(...) Już jesienią 1939 r. Jan Libsz oparł swoje działania na kilkudziesięciu osobach, skupionych głównie w Legii Narodowej oraz w sekcji dywersyjnej "Drużyna Śmierci". Podstawowe dla organizacji były więzy rodzinne oraz koleżeńskie.(...)

W nowej organizacji posługiwał się on pseudonimem "Kruk", zaś najbliższym współpracownikiem pozostawał jego daleki kuzyn Walenty Prajs ps. "Wicher", mieszkaniec Rudy Pabianickiej. W grudniu 1939 r. Prajs został aresztowany przez niemieckie siły bezpieczeństwa i osadzony w więzieniu na Radogoszczu w Łodzi. W tym krytycznym momencie, to właśnie szczególne kontakty Libsza zapewniły Prajsowi wolność. Czyn ten przekonał działaczy podziemia do osoby Libsza, którego w rodzinnym mieście uważano za "osobnika niebezpiecznego". Nikt nie przypuszczał bowiem, że przynależność do NSDAP (Nationalsozialistische Deutsche Arbeiterpartei) była kamuflażem dla działań wywiadowczych i dywersyjnych. Odtąd ci dwaj mężczyźni wspólnie organizowali akcje propagandowe w Zduńskiej Woli, Sieradzu, Łasku, Pabianicach oraz w Rudzie Pabianickiej, będącej od 1940 r. częścią Łodzi. Od maja 1940 r. Prajs został komendantem Legii Narodowej na powiat Sieradz. Ustalono system trójkowy dla organizacji, a w styczniu 1941 r. stworzono grupę bojową, którą kierował Stanisław Jagiełło ps. "Burza". Zaangażowanie Libsza zmotywowało do działania całą jego rodzinę. Matka Libsza - Wanda przyjęła w organizacji pseudonim "Teresa". Jeżdżąc do rodziny w Berlinie i Wrocławiu dostarczała korespondencje "enowską" wybranym Niemcom. Podobne zadania otrzymał jego ojciec Jan, który na potrzeby konspiracji posługiwał się pseudonimem "Jerzy". Na ich pomysłowość - wiosną 1940 r. - zwróciły uwagę tamtejsze placówki ZWZ, które za pośrednictwem mjr Pawła Zagórskiego (ps. "Maciej"), stopniowo podporządkowały sobie Legię Narodową. Jednakże scalenie z AK nastąpiło dopiero w lipcu 1942 r.

Wkrótce już, jako "Anatol", Libsz stał się częścią zespołu hm. Władysławy Koening-Olbromskiej, która zaczęła przygotowywać działania propagandowe w Łodzi. Początkowo wydawała ona periodyk zatytułowany "Der Kladderadatsch". Był on bardzo starannie redagowany i posiadał odpowiednią szatę graficzną, zaś zespół germanistów - potrzebnych gazecie - pozyskał zastępca szefa II Oddziału ZWZ Okręgu Łódź, kpt. Mikołaj Ostaszewski.

Wydawanie i kolportaż prasy "enowskiej" Było to jedno z najbardziej spektakularnych i długofalowych działań propagandowych polskiego podziemia. Stworzono szereg tytułów skierowanych do konkretnych grup społecznych. Do robotników docierał "Hammer" ("Młot"), w którym potępiano idęę wojny, a odpowiedzialność przeniesiono na kapitalistów. Wskazywano na niedoiwestowanie klasy przemysłowej, nadmierne upartyjnienie państwa. "Der Soldat" ("Żołnierz") oraz "Der Frontkämpfer" ("Bojownik Frontowy") pokazywały rozbieżności między Wehrmachtem, SS oraz funkcjonariuszami NSDAP oraz szczegółowo informowały o zbrodniach niemieckich formacji tyłowych. Akcentowano, że krew ludności cywilnej plami mundur żołnierza liniowego i niepotrzebnie podsyca opór podbijanych narodów. Feldmarszałka Waltera von Reichenau uczyniono przywódcą wyimaginowanej opozycji oraz opublikowano "jego" artykuł, krytykujący poczynania Hitlera i przypomiknający o iluzoryczności sojuszy III Rzeszy. Z kolei w piśmie "Erika" publikowano karykatury Hitera, Himmlera, Göringa oraz Goebbelsa. Miesięcznik Der "Klabautermann" skierowano do ludności cywilnej, pisano w nim o problemach z zaopatrzeniem oraz groźbach nalotów alianckich.

Do Łodzi "enowska" literatura trafiała w postaci gazet, ulotek oraz kliszy fotograficznych i matryc, które dopiero przygotowywano do wydania. Z czasem modyfikowano ulotki na potrzeby środowisk lokalnych, chcąc bardziej zantagonizować łódzkich Niemców. Cenne były zwłaszcza dane na temat funkcjonariuszy hitlerowskiej administracji, albowiem upubliczniano ich życie prywatne, stan majątkowy i nieprawidłowości podległych im urzędów. Skupiano się na wszelkiego rodzaju przywarach, a poprzez ośmieszenie konkretnych osób, starano się szkodzić wizerunkowi tych funkcjonariuszy. Taką próbą były z pewnością akcje ulotkowe zespołu Jana Libsza, który w bezbarwnym, urzędowym języku informował niemiecką społeczność w Zduńskiej Woli, Łasku, Pabianicach i Łodzi o ludobójczych praktykach Rzeszy.

Zadbano również o rannych żołnierzy niemieckich, gdyż materiał propagandowy dostarczono m.in. do szpitala wojskowego przy ul. Żeromskiego 113 w Łodzi. Oficjalną prasę "wzbogacono" o instrukcje "Co należy czynić aby nie wracać na front". Blokowano również pracę łódzkiej policji (w tym Gestapo), wysyłając duże ilości spreparowanych donosów o przestępstwach kryminalnych i politycznych. Ofiarami byli Niemcy, którzy przez wiele godzin w więzieniu lub na posterunku przekonywali śledczych o swej niewinności. Podobnie udało się zahamować działalność urzędów pocztowych oraz skarbowych, ponieważ zalała je fala fałszywych zawiadomień, zeznań podatkowych, wniosków i skarg. Walkę tą dowództwo AK nazwało akcją "S" ("Specjalną"), zaś jej sposoby oddziaływania wciąż udoskonalał zespół Libsza.

Silnie oddziaływano też na psychikę rodzin wojskowych, wysyłając do nich "odpowiednio spreparowane" listy z frontu. Operację nazywano "kolportażem podkładowym", gdyż kierowano materiał propagandowy do konkretnego adresata. Bardzo przydatne okazały się zwłaszcza aktualne książki "Kto jest kim w III Rzeszy", będące drukami ścisłego zarachowania. Ich zdobycie przez "Anatola" (Libsza - przyp.red.), centrala akcji "N" oceniła bardzo wysoko. Istotna była także rubryka "Polegli za Rzeszę i Fűhrera", umieszczana w gazetach okupacyjnych. Odnajdywano w niej nazwiska Niemców mieszkających w Łodzi. Uważnie obserwowano daną rodzinę i zbierano o niej informacje. Wiedząc już dostatecznie dużo o zmarłym, wysyłano sygnał do łączniczki w głębi Niemiec. Wówczas podszywano się pod jednego z przyjaciół zabitego i raczono bliskich poległego realistycznymi opisami walk oraz zbrodni na froncie. W innych przypadkach wysyłano "życzliwe" zawiadomienia do rodziców dzieci zrzeszonych w Hitlerjugend (chłopcy) i Bund Deutscher Mädel (dziewczęta). Informowano w nich o niemoralnych praktykach ich latorośli. Dzięki temu zdeterminowani rodzice często przerywali letnie imprezy w Hitlerjugend Park (Park im. J. Poniatowskiego w Łodzi). Podobnie roztrząsano sprawy wierności współmałżonków niemieckich, uwypuklając ich rzekome kontakty z ludnością polską i żydowską. Najczęstszymi ofiarami podobnych pomówień byli funkcjonariusze NSDAP.

Różne formy działań propagandowych bardzo rozwinął Libsz, który jako działacz NSDAP i członek NSKK (Nationalsozialistische Kraftfahrerkorpus - Narodowosocjalistyczny Korpus Kierowców) miał dużą swobodę poruszania się. Jednocześnie praca w łódzkiej fabryce włókienniczej Steinerta zapewniała mu dobre alibi. W pierwszej połowie 1942 r. zapoczątkował on kontakty z żołnierzami łódzkiego garnizonu, wśród których rozprowadzał ok. 600 sztuk ulotek miesięcznie. Nie unikano też siedzib sił policyjnych. Odezwy "enowskie" pozostawiano m.in. w miejscach stacjonowania 187 Brygady S.A oraz w dowództwie 112 Pułku SS-Standarte. Wiadomo, że w Łodzi sztab 187 Brygady S.A. mieścił się przy ul. Wigury 4/8 (Ulrich von Huttenstr. 32). Brygadzie podlegały cztery pułki S.A.-Standarte: 2 (ul. Piotrkowska 207), 5 i 71 (ul. Wigury 4/8) oraz 13 (ul. Lindleya 3). Łącznie brygada skupiała ok. 5 tys. funkcjonariuszy. Natomiast dowództwo 112 Pułku SS-Standarte mieściło się przy al. Kościuszki 97 (Herman Göringstr. 97). Później sztab jednostki rozlokowano w budynku przy ul. Gdańskiej 75 (Danzingerstr. 75). Pułk dzielił się na trzy chorągwie SS (SS-Sturmbanne), tj.: I/112 (ul. Zielona 21), II/112 (ul. Gdańska 75) i III/112 (ul. Starogardzka 40) i dysponował ok. 1,5 tys. żołnierzy.

W 1942 r. Libsz rozpoczął także rozpoznanie jednostki transportowo-remontowej Wehrmachtu na Radogoszczu, tzw. Kraftheimpark. Najpierw do bazy przerzucił pisma i ulotki antyhitlerowskie. Następnie wytypował "opozycjonistów" wśród wojskowych, przy czym podstawowym kryterium wyboru było nie informowanie Gestapo o nielegalnych drukach. Później "kandydaci" do pracy konspiracyjnej wielokrotnie zgłaszali się w podane przez "Anatola" miejsca. Stąd pobierali dalsze instrukcje i materiały propagandowe. Sam pomysłodawca akcji nie kontaktował się z nimi osobiście, jednak za pośrednictwem współpracowników odbierał od niemieckich wojskowych broń, amunicję, medykamenty, benzynę oraz pieniądze. Ofiarodawcy nie przypuszczali, że przekazane środki posłużą dozbrojeniu AK. Do 1943 r. dość zręcznie manewrowano całą grupą, stosując szereg wybiegów. Jednym z forteli było dostarczanie prasy tzw. Związku Wolnych Łużyczan lub odwoływanie się do separatyzmu poszczególnych landów. Eksponowano zwłaszcza samodzielność Bawarii, co miało ugruntować tezę powrotu Niemiec do systemu przed zjednoczeniowego. Ponadto chcąc poszerzyć szeregi niemieckich opozycjonistów, Libsz dodatkowo powołał w bazie transportowej komórkę "NSDAP - Erneuerungsbewegung. Kampfgruppe Rudolf Hess". Miała być to opozycja w łonie partii nazistowskiej, którą rzekomo kierował - "zbiegły" do Wielkiej Brytanii - Rudolf Hess. W tym celu przekazano pięć kolejnych odezw Hessa do Wehrmachtu. Niestety, któryś z żołnierzy jednostki transportowej doniósł na swych kolegów. Do grudnia 1943 r. zatrzymano ok. 40 wojskowych oraz Polaków będących w stałym kontakcie z "niemiecką" organizacją. Zostali oni przewiezieni do więzienia wojskowego, (Wehrmachtgefängnis) przy ul. Kraszewskiego 1/5 (Freiburgerstr. 1/5). Ponieważ nie ujęto "prowodyra" akcji, skłoniło to śledczych do postawienia tezy, że ruch ten należy uznać za "odizolowany przypadek w armii hitlerowskiej". Udział Polaków w działalności na szkodę państwa niemieckiego zakwalifikowano jako konsekwencję rozluźnienia dyscypliny w szeregach Wehrmachtu. Przełom w sprawie nastąpił wraz z aresztowaniem pracowników węzła kolejowego Zduńska Wola-Karsznice. Już w końcu grudnia 1943 r. zatrzymano żołnierzy Kierownictwa Dywersji-Kedywu, tj. Kazimierza Kałużewskiego (ps. "Chińczyk") i Juliusza Syllę. Kolejarze ci poza pracą dywersyjną prowadzili również działania wywiadowcze, a do odjeżdżających na wschód transportów wojskowych podrzucali prasę "enowską". Możliwe, że dzięki drukom akcji "N" Tajna Policja Niemiecka powróciła do wątku łódzkiego. Jej współpracownicy otrzymali prawdopodobnie rysopis i zdjęcie poszukiwanego Jana Libsza. 13 czerwca 1944 r. został on zatrzymany na jednej z łódzkich ulic i doprowadzony do aresztu śledczego przy ul. Kopernika 29 (Friedrich Gosslerstr. 29), nad którym od lipca 1940 r. sprawowały pieczę władze sądowe. Jeszcze tego samego dnia aresztanta odstawiono do więzienia Gestapo przy ul. Sterlinga 16 (Robert Kochstr. 16). Jego sprawę przejął funkcjonariusz Jan Tamm, który prowadził śledztwo przeciw zatrzymanej kilkanaście dni wcześniej Halinie Kłąb (agentka polskiego wywiadu w Niemczech, ps. "Jacek II"). Według jej zeznań, Tamm odznaczał się szczególnym okrucieństwem i wyrafinowaniem. Nie zachowały się żadne protokoły przesłuchań i nic pewnego nie wiadomo również o losach więźnia. Wśród najczęściej powtarzanych informacji o Janie Libszu dominują relacje mjr. Zygmunta Janke. Według niego, po dwóch tygodniach przesłuchań w gmachu przy ul. Anstadta 1/7 (siedziba Gestapo w Łodzi), "Anatol" został zastrzelony przez oficera śledczego, gdy próbował rzucić się na konfidenta. Pozostawił dwuletniego syna Jana i żonę Annę.

Tragiczne były również powojenne losy rodziny Libszów, albowiem uznano ich za Niemców. Z wyroku Specjalnego Sądu Karnego w Łodzi już w 1945 r. bliscy bohatera narodowego znaleźli się w Obozie Pracy przy ul. Beskidzkiej 54 w Łodzi (Sikawa).

Nadal po upływie kilkudziesięciu lat od zakończenia drugiej wojny światowej zbyt mało wiemy na temat akcji "N" oraz działań wywiadowczych łódzkiej konspiracji. Łódzka komórka propagandowa Jana Libsza w 1942 r. liczyła 19 osób. Jego współpracownicy to: Sompławski (ps. "Orlicz"), Feliks Filipczyński (ps. "Kmicic") i Anna Lebiedzińska-Filipczyńska (ps. "Elżunia"). Zespół ten był w stanie rozkolportować miesięcznie kilkaset różnego rodzaju druków "enowskich" w naszym mieście. Z pewnością nie była to jedyna komórka propagandowa w Łodzi, wiadomo bowiem, że pierwsi kurierzy ze stołeczną prasą "enowską" dotarli do Łodzi już z początkiem 1941 r. Droga ich wiodła przez Obwód AK Brzeziny-Koluszki, którego placówki przerzutowe znajdowały się po obydwóch brzegach rzeki Mrogi. Tędy przebiegała dobrze strzeżona granica pomiędzy Krajem Warty a Generalnym Gubernatorstwem, stąd wszelkie kontakty z centralą w Warszawie był bardzo niesystematyczne. Doskonale rolę "punktu przerzutowego" spełniał węzeł w Koluszkach, gdzie przeładowywano konspiracyjne gazety. Tą drogą podążał również wielokrotnie - słynny kurier z Warszawy - Jan Nowak-Jeziorański, który do Łodzi dostarczał klisze z gazetami "enowskimi", m.in.: "Der Hammer" i "Der Frontkämpfer". Niestety upływający czas zaciera w pamięci wydarzenia oraz zniekształca ich przebieg. Dlatego wciąż tak mało wiemy o losach Jana Libsza i wielu zapomnianych kolporterów oraz redaktorów prasy podziemnej w Łodzi.

Fotografia tytułowa pochodzi ze zbiorów Muzeum Historii Miasta Zduńska Wola. Jest to portret Jana Libsza autorstwa rysownika Stanisława Klingera.

Pełny tekst opracowania jest dostępny TUTAJ


www.000webhost.com