Klub Sympatyków Rudy Pabianickiej

.

rudzka czytelnia

Wspomnienia z pierwszych dni wojny (część 2)

autor: Stefan Świderski

3 września, niedziela

Nie pamiętam, czy rano były naloty. W południe pamiętna manifestacja, zdaje się najpierwsza w kraju. (3 września w godzinach popołudniowych odbyły się w Łodzi wielkie manifestacje przed Magistratem na placu Wolności oraz przed konsulatami Wielkiej Brytanii i Francji w związku z wypowiedzeniem przez te państwa wojny Niemcom. Następnego dnia okazało się, że konsulat WB cichcem przeniósł się do Warszawy... - przy.red.).

Po południu zmęczenia i naloty. To samo w poniedziałek. Wobec trudności dostania się do miasta nie idę wcale do Starostwa. Wtorek też to samo.

5 września, wtorek

Wracam przekonany, że Starostwo chyba się ewakuuje, jeżeli nie potrzebują mojej służby, tem bardziej, że obaj ze Stefanem słyszymy odgłosy artyleryjskiej bitwy gdzieś od Sieradza. Marchwicki już przestał mówić o odjeździe do Warszawy i wraz z Wandą (córka autora - przyp.red) cały wtorek uszczelnia swój pokój na schron. Nakupowali mnóstwo papieru ciemnego, jakiejś waty, klajstru i oblepiają nimi wszystkie drzwi i okna naszego, dość dużo szczelin mającego domu. Ja trochę doglądam ogrodu (na drzewach było jeszcze dość dużo gruszek) i trochę odwiedzam Was.

Z polecenia Gł. Komendanta LOPP-u urządziłem w sali parafialnej zebranie wszystkich mieszkańców mojego obwodu, w celu dalszego informowania, jak się zachować podczas nalotów, co unosić z domu, jak zaopatrywać dzieci w dokumenty tożsamości itp. Niczego nie przeczuwam, ani nie mam czasu z nikim z miasta się porozumieć. Nadchodzi późny wieczór; słuchamy radja. Sprawdzam posterunki, zdaję na pierwsze godziny nocy służbę zastępcy i kładę się spokojnie spać.

W nocy, około godziny 1 - 1.30 budzi mnie ob. Lipski, nasz sąsiad i dyżurny w obwodzie. Melduje, że jakiś żołnierz zaczepił ich na ulicy i kazał sobie wskazać domy należące do Niemców. Że im się wydaje podejrzany i co robić? Rozkazuję dwóm dyżurnym odprowadzić go do Komendy, a sam wstaję, ubieram się szybko i obejmuję dozór nad obwodem. Nie ma nic nowego. Cisza. Naszą ulicą z rzadka ktoś przechodzi.

Wybieram się w odwiedziny do Was, lecz wprzód udaję się do komendy LOPP-u w szkole obok Straży Ogniowej, pragnąc dowiedzieć się czegoś o tym żołnierzu. Spotykam swoich dyżurnych, opowiadających, że w Komendzie już nikogo nie ma. Magistrat się ewakuuje. Burmistrz i sekretarz już wyjechali, a teraz patrzymy jak wyjeżdżają z podwórza ostatnie beczkowozy, samochody i konie Straży Ogniowej. Gdzie - nie wiadomo. Na razie w kierunku Rzgowa. Odsyłam swoich dyżurnych na posterunki, a sam idę do Was. Po drodze spotykam Wacława Kluskę. Już wybrany w drogę do wojska. Nadchodzą zdaje się Fuksowie; on z żoną.

Nie wiem jakim cudem zastaję u Was Marchwickiego z Wandą i Hanią. Ty, Jasia i Jędruś już ubrani. Już postanowiliście. Skąd się wziął Jurek? Ktoś prowadzi rower. Ostatnie pożegnania. Ja zdaje się poszedłem po żonę, Waszą Matkę, żeby się z Wami pożegnała - wkrótce sama nadchodzi i kawałek Was odprowadza. Ja choć jestem całkiem lekko ubrany (bez krawatki i kamizelki, noc była ciepła, więc wychodząc z domu zarzuciłem tylko letni płaszcz na siebie) postanowiłem odprowadzić was jak najdalej i poinformować się co i jak zamierzacie i gdzie się oprzecie.

Wszyscy mówicie o Brzezinach. Jakoby był jakiś rozkaz tego kierunku na Warszawę. Że tam mobilizują itp. Na razie idziecie do Juszczaków, gdzie zostaną żony i dzieci. Nasze dwa domy przy Zarzecznej i Wyścigowej zostają opuszczone, bo moja żona jest u was z p. Brem. Idzie z Wami zdaje się Wacław Kluska. Idziemy przez niemiecką część Rudy, zaczyna świtać. Po drodze ostatnie polecenia, przestrogi, pożegnania. Dźwiganie dzieci, które już się zdążyły zmęczyć, lecz jakoś nadążają za starszymi. Coraz więcej ludzi, mężczyzn i kobiet w tym samym kierunku podąża! Widać już, że to jakiś olbrzymi ruch. Że nie tylko Wy do tego wojska dążycie. Wobec tego jednak, że ja wyszedłem zupełnie nieprzygotowany, że Wy zamierzacie zatrzymać się przy ul. Czorkowskiej i dopiero stamtąd iść dalej, postanawiam sam wrócić do domu. Zostawić jakieś zlecenia lub trwać w obowiązkach Komendanta, którego instrukcje wszystko przewidywały, tylko nic nie wspominały jak się zachować w razie powszechnej, dobrowolnej ewakuacji takich mas mieszkańców Polski. Żegnam Was szybko nie myśląc, że może widzę was po raz ostatni i po krótkich uściskach dzieci (przecież to ty Władek, mój najstarszy syn, taki przemyślny, przedsiębiorczy, pewny siebie, najmilsza córka Wanda, jej beztroski mąż, wreszcie Jędruś, Hania i Jurek, ten małomówny, nigdy nie wywnętrzający się syn, z którym żegnając się chciałoby się pomówić za wszystkie czasy), skręcam do Szosy Pabianickiej, ulicą zdaje się dawniej tak zwaną Strycharską. Wy oddalacie się powoli do Rzgowskiej. Twoja żona i Cenia poszły razem z Wami.

Na Pabjanickiej Szosie olbrzymi ruch. Piesi nie tylko na chodnikach, lecz idą falą, całą jezdnią, pomieszani z wozami, rowerami, samochodów już nie ma. Tramwaje oblepione ludźmi. Jest 5 rano, ciepło, widno.

Skąd ci ludzie idą? Takie tysiące - rzeka! wszystko śpieszy. Wózki z małymi dziećmi i wózki ręczne z rzeczami. Pojedynczy mężczyźni przeważnie bez rzeczy. Ciężej lub lżej ubrani, starcy, kobiety i dzieci. Czasem pomknie spóźniony policjant na rowerze. Wóz napełniony betami i dziećmi, za nim krowy, cielęta, na wozie gęś, pod wozem pies - wierny domownik, dążący za gospodarzami. Jest rano.

W niektórych domach przy ul. Staszica, już za mostem stoją obudzeni mieszkańcy - Niemcy i z podziwem lub lekceważeniem patrzą na przepływające tłumy. Ja sam idę przeciw tej fali, tj. dążę do Marysina pieszo, bo tramwaje wszystkie zdążają w stronę Łodzi. Gdy przychodzę do was z powrotem, żony już nie zastaję, ulicą Kościelną także jeszcze zdążają gromadki, po drodze do tramwaju lub Łodzi. Udaję się do domu. Obok stajen - wyścigów zastaję sznur podwód chłopskich, chyba 50 wozów - woźnice karmią konie, widać, że tylko co stanęli na popas, wozy puste, jakiś żołnierz i oficer młodszy idą ulicą. Żołnierz bez karabinu i pasa. Oficer mu wymyśla. Każe mu udać się do Komendy miasta. Zdaje się, że żołnierz-łazik nie może znaleźć swojej kompanji. "Udajcie się do Komendy miasta!" - pada rozkaz. Żołnierz ów prawie z płaczem - "Kiedy się boję, panie poruczniku". Nie wiem co tam było dalej, bo dążyłem zobaczyć co się dzieje w domu.

Po drodze spotykam pod domem Lipskiego jakiegoś starszego wiekiem oficera rezerwy - trochę otyłego pana w cywilnym ubraniu i butach. Marynarka przepasana pasem i czapka oficerska. Pan porucznik ma już kwaterę u Lipskich i kupuje coś w sklepie Wojcieszka.

Obchodzę swój obwód. Prawie wszędzie cisza. Wyścigową nadjeżdża jakiś wóz z uciekinierami, którzy (wóz, krowy itp., dzieci) stają obozem przed zagrodą Brychów. Pilnuję teraz jabłek na drzewach, bo dzieci z tego wozu już dorwały się do zielonych jeszcze gruszek i zrywają je, nadgryzają i rzucają jako niedojrzałe. Przychodzą sąsiedzi, Brychy najprzed, Skoczylasowa, Woźnica, po radę co robić, czy jechać za innymi czy zostać. Uspokajam zapewnieniami, że kobietom i dzieciom krzywda żadna od wojska stać się nie może, że należy pilnować domostw, że tylko młodzi mężczyźni winni udać się na punkty mobilizacyjne. Ale pomimo to mi nie wierzą, bo widzą, że nasz dom pusty i dom na Wyścigowej też opuszczony. Zaglądają do okien. Więc nie mogę się oddalić, żeby zobaczyć żonę, która została u was i odpoczywa po nieprzespanej nocy.

Ponieważ w ostatniej chwili dowiedziałem się od Jurka, że u niego są na przechowaniu różne rzeczy i zapasy p. Ciszków, a od Fuksów, że całe ich mieszkanie na mojej opiece, ponieważ moja żona też się nie pokazuje w domu, więc krążę pomiędzy waszym i moim domem, trochę słucham radja, trochę pilnuję ogrodu i zaczynam obrywać resztę gruszek, które choć zielone przedstawiają jeszcze jakąś wartość, a wobec tych wypadków już pewno nie dojrzeją same. Kupować ich nikt nie chce, z zerwane uprzednio, we wtorek, na targu osiągnęły cenę 15 groszy za kilogram.

Postanawiam wszystko co cenniejsze z naszego domu przenosić do was i zaczynam od tych zapasów u Jurka.

Nalotów jakby nie ma; rano było słychać karabiny maszynowe gdzieś jeszcze daleko. Udaję się na pole Romana, gdzie leży tylko co ścięta koniczyna i sprzątam ją w kopki. Przenoszę jakieś szmalce, kasze i cukry do was; zostawiam to w przedpokoju. Przychodzi do domu żona, ale do niczego się nie bierze, od niepokoju niepodobna coś robić. Postanawiamy, że najlepiej zrobi jak odpocznie u was i tam zjemy wspólnie obiad. Po obiedzie przenosimy naszą pościel do was. Ludzie widząc to myślą, że my też uciekamy. Brychy wynajmują wobec tego od Lesiaka wóz, pakują swoje graty, pościel, dzieci i krowy i wyjeżdżają. Na naszej ulicy zalega pustka, bo i te podwody co stały od Lipskiego do rzeki, koło godziny 4 odjechały gdzieś w kierunku Łodzi. Do wieczora przenoszę do was połowę gruszek, sprzedaję trochę pomidorów jakiemuś przekupniowi, stwierdzam, że u Jurka mieszkanie jest zalane jakimiś sokami, które fermentując od ciepła powysadzały słoiki i korki i pilnuję jak mogę obejścia.

Moich dyżurnych jakby już nie nie było. Na nocne posterunki już się nikt nie stawił. Każdy się tłumaczy, że musi pilnować swojego mieszkania. Nad wieczorem odbyła się jakaś utarczka wojska pomiędzy Ksawerowem, Chocianowicami i Łaskowicami. Słychać karabiny maszynowe, a przed kościołem pojawia się fura-podwoda z zabitym polskim żołnierzem, który zaraz ma być na cmentarzu pochowany. Obok zwłok krzątają się kobiety z mojego obwodu, ksiądz i organista. Postanawiam być na tym pogrzebie i udaję się do domu zobaczyć co się tam dzieje.

Zupełna pustka. Tylko babkę zostawiła żona przy radju, dając jej przy tem jakąś kolację w rękę; sama uciekła do was. Idąc od was jeszcze raz do domu widzę jadąca obok stajni, od strony Ksawerowskiej jakąś baterię artylerji, ale jakże odrapana, jakieś małe armatki, stare zabłocone wozy, żołnierze jacyś pomęczeni, wolno suną ku Łodzi, stają obok Basowej, jakaś kolacja czy coś w tym rodzaju. Było to ostanie wojsko nasze jakie widziałem. Tegoż dnia gdy zrywałem gruszki, do ogrodu, od Wyścigowej wszedł żołnierz dobrze wyglądający, sierżant, poprosił o kilo gruszek, poczęstowałem go dojrzałemi, nie chciałem wziąć tych kilku groszy, ale koniecznie chciał płacić mówiąc, że nazywa się Szczepański, że ma małą fabryczkę w Warszawie - jakieś elektrotechniczne wyroby. Co robił sam jeden tak daleko od Ksawerowa? Myślę, że tak umyślnie błądził od oddziału.

www.000webhost.com