Klub Sympatyków Rudy Pabianickiej

.

rudzka czytelnia

Wspomnienia z Rudy Pabianickiej - XX LO (część 7)

autor: Mieczysław Kacperczyk

Zaś w czerwcu otrzymałem miłe zaproszenie
do pana wojewody. Czułem zaskoczenie.
Poszedłem punktulnie. Podburmistrza(1) z Rudy
ujrzałem na urzędzie wicewojwody.
Przyjął mnie dobrotliwie, wdzięcznie się uśmiechał.
"Dobrze, że pan przyjechał,
bo mam do powiedzenia panu coś ważnego.
Został pan przedstawiony dziś do odznaczenia
dobrze zasłużonego, bardzo wysokiego...
A partia mi zleciła tę legitymację
wręczyć panu bez stażu - jako weryfikację
służby dotychczasowej dla Polski Ludowej.
Oto legitymacja partyjna, więc proszę."
Wyciągnął rękę, a ja ręki nie podnoszę.
Naiwnie zapytałem, że wprzód wiedzieć chciałem:
"Skąd pan wojewoda wziął mą fotografię?"
"Na to ja panu odpowiedzieć nie potrafię,
to już nie nasza sprawa". (Naszła mnie obawa
- czym się też skończyć może ta zabawa).
"Czemu to pan nie bierze swej legitymacji?
Niechże się pan nie boi tej indoktrynacji"...
"Wziąć nie mogę" - "Dlaczego?" - "Bo nie zasłużyłem
na takie wyróżnienie i na odznaczenie.
Ja we Wrześniu się biłem. W Powstaniu walczyłem.
Jeszcze nie zapomniałem tego, co przeżyłem...
Będzie więcej przykrości niż dziś przyjemności,
gdy skreślać mnie będziecie z listy waszych gości.
Bo ja mam zby wiele różnych powinności."
"Dlaczego mielibyśmy skreślać z listy pana?"
"A za nieprzychodzenie na wasze zebrania."
"Pan by ich nie opuszczał, bo nie ma ich wiele.
A dla lepszej frekwencji - są zwykle w niedziele."
- "Mój pierwszy obowiązek być wtedy w kościele,
razem z naszą młodzieżą, bo chłopcy należą
do różnych nowych związków, ciągle wiodą spory,
a do groźnych wyczynów niejeden z nich skory.
Niech najpierw przyschną rany, nerwy uspokoją.
Wtedy i ja do partii znajdę drogę swoją."
- "Więc teraz pan nie przyjmie tej legitymacji?"
- "Nie". - "Ja również nie będę wręczał jej przemocą.
Miałby pan w nas obronę przed ludźmi podłymi,
pod firmą naszej partii źle działającymi.
Przykro mi, że nie mogłem dziś pana zwerbować.
Jak nie towarzyszami, bądźmy przyjaciółmi,
którzy mogą dla Polski dobrze współpracować..."
Podziękowałem władzy za jej liberalizm.
On awansował dalej. Pomógł mu socjalizm.
Wniosku o odznaczenie nawet nie wysłano,
myślę, że tę rozmowę gdzieś odnotowano,
bo mnie przez długie lata nie awansowano...

Wykończyłem rok szkolny, dzienniki lekcyjne,
porządkowałem akta, plany organizacyjne
i na pełnych obrotach nadal pracowałem.
Wkrótce zauważyłem chwiejną róenowagę,
bóle głowy, utratę wzroku, niedowagę.
Następnie atak jaskry na ziemię mnie zwalił.
Okulista Kozłowski mój wzroki mi ocalił.
W ostatnich dniach czerwca rok szkolny zakończyłem
Mszą świętą, akademią. Świadectwa wręczyłem.
Aliści zaskoczyły mnie aż dwa zeszyty
- powiedziałem - które mogły mnie wynieść na kariery szczyty.
Zaproponowano mi pracę w Ministerstwie -
w departamencie reform szkolnictwa średniego,
w zakresie wychowania socestetycznego.
Złożyłem więc podanie swe do Kuratorium
o zwolnienie z posady dyrektora w Rudzie.
Przezornie zatrzymałem etat w Konserwatorium.
A mieszkanie służbowe opuściłem w trudzie.
O mnie już zapomnieli najbliżsi mi ludzie.
Nikt mnie tu nie pożegnał. Nikt mi nie dziękował
za to, żem w tym liceum mieszkał i pracował.
Przyszedł też mój następca - przeze mnie wybrany.
Sprawdził cały ładunek. Rzekł zażenowany:
"Sprawdzić wszystko musiałem w niezgodzie z sumieniem"
Następcy przebaczyłem. Wszystko opuściłem,
co w trudzie i miłości serdecznej stworzyłem.
Odtąd w Warszawie, w Oświacie pracę zaczynałem.
Przyjęli mnie życzliwie Michajłow z Kormanową.
Pracowałem w przedmiocie, który dobrze znałem.
Ministerstwo Oświaty nie raz odwiedzałem
przed wojną, gdy muzyczną szkołę otwierałem.
Zainstalowano mnie w domu noclegowym,
przy Smulikowskiego 4, w lokalu związkowym.
W pokoju dość obszernym (z dwudziestu łóżkami,
wypełnionymi co noc innymi ciałami).
Po kilku nocach czułem ogólne swędzenie.
Znalazłem się w biedzie. Aby wyleczyć skórę
musiałem mieć leki. Chodziłem po Powiślu -
szukałem apteki. Wróciłem do urzędu -
chory, zaświerzbiony. Trafiłem do głównego
Personalnego - Kuroczki Eustachego.
I o zwolnienie z pracy zaczętej prosiłem.
Dyrektor pozytywnie się ustosunkował.
Z pracy zwolnił. Miesięczny urlop aplikował.
Na leczenie w szpitalu w Łodzi - przy Tramwajowej.
Już po tygodniu byłem wyleczony - zdrowy.
Z radością powróciłem do Wydziału swego,
w Wyższej Szkole Muzycznej w Łodzi istniejącego.
Drugi zaszczyt mnie spotkał ze strony ważnego
Urzędu Bezpieczeństwa w Łodzi, do którego
zostałem zaproszony jako zaufany.
Lecz z tego wyróżnienia też zrezygnowałem.


Przypisy:
(1) - towarzysz Górniak

www.000webhost.com